take-my-hand DIARY

5. Breathe >> środa, 3 lutego 2010 11:55:34

Zadziwiające jest, jak życie człowieka może ulec zmianie pod wpływem jednej decyzji. Jutro wyjeżdżam. Do Europy. Przyznam szczerze, że jeszcze nigdy nie byłam dalej niż w USA. Tak, dosłownie na Nowym Jorku kończy się moje zwiedzanie świata. Chyba naprawdę się mi poszczęściło. I pomyśleć, że to wszystko zawdzięczam Patrick’owi. Nie zdążyłam mu jeszcze nawet podziękować. Zrobię to dzisiaj. I poproszę, by na jakiś czas zaopiekował się moim mieszkaniem. W końcu był jednym z niewielu, którzy wiedzieli gdzie mieszkam.

- I jak tam samopoczucie na dobę przed wyjazdem? – zapytał, gdy tylko usiadłam przy barze.
- Wspaniale. Wydaje mi się, że właśnie tego potrzebuję – przełomu w moim życiu. – odparłam uśmiechając się. – Dziękuję Ci, Patrick. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy ta nowa praca.
- Nie ma sprawy. Cieszę się, że mogłem pomóc.
- Jak mam Ci się odwdzięczyć?
- Chyba żartujesz. – stwierdził z niedowierzaniem nalewając do szklanki drinka dla jednego z klientów.
- Nie, mówię jak najbardziej poważnie.
- Zastanowię się. Wody?
- Hmmm.... Tym razem może coś mocniejszego. Najlepszy drink, jaki potrafisz zrobić?
- Sex on the beach? – zaproponował szczerząc się do mnie.
- Tylko, żebym wyszła stąd trzeźwa.
- Może być z tym problem. – uśmiechnął się znacząco i zaczął przygotowywać trunek. Pierwszy raz siedziałam tam do samego końca. Postanowiłam na niego poczekać. Powoli sączyłam drinka, co jakiś czas spoglądając na zegarek. Spędziłam tam dokładnie 4 godziny i 15 minut. Potem pomogłam mu trochę posprzątać, mimo jego protestów, i gdzieś przed 12 razem wyszliśmy. I chociaż nie było wcale tak wcześnie, postanowiliśmy jeszcze trochę pospacerować. W końcu nikt z nas nie miał pojęcia, kiedy znów się spotkamy.
Następnego dnia dokończyłam pakowanie walizek i z braku lepszych zajęć zabrałam się za pieczenie ciasta. Już wiedziałam dla kogo ono będzie. Z pomocą książki kucharskiej jakimś cudem udało mi się stworzyć pyszną szarlotkę. Talent do kuchni mam zdecydowanie po ojcu. Jest właścicielem sieci eleganckich restauracji w Kanadzie, a w jednej z nich sam jest szefem kuchni. Jego ciasta są najlepsze. Dziwię się, że udało mi się jako tako zachować prawidłową sylwetkę, przy takiej ilości zjadanych przeze mnie słodyczy.
O 16 zadzwonił Patrick, by upewnić się, czy aby na pewno nie zrezygnowałam z pracy wskutek przeżyć po ostatniej nocy z chłopakami. Uspokoiłam go słowami, że jak dotąd jeszcze nie rozważałam takiej decyzji. Ogarnęłam jeszcze na szybko mieszkanie. Tę nieszczęsną torbę zostawiłam w tym samym miejscu w przedpokoju, z zamiarem pozbycia się jej, gdy tylko wrócę z powrotem. Zresztą nie mam teraz głowy do takich rzeczy. Czuję jak powoli wydostaję się z tego wielkiego dołu i nie chcę tego zepsuć. Ułożyłam na stole w kuchni szarlotkę, kładąc obok niej małą karteczkę dla Patrick’a z podziękowaniami. Ostatni raz jeszcze skoczyłam do jego baru, by zostawić mu klucze do mieszkania.
- Zaopiekuj się moim mieszkaniem na czas, kiedy mnie nie będzie. Przygotowałam coś dla Ciebie, więc dobrze by było, gdybyś tam jeszcze dziś wieczorem wpadł. – powiedziałam kładąc na ladzie klucze.
- Nie boisz się, że mogę sobie tam sprowadzić jakieś niezbyt odpowiednie towarzystwo?
- Rób, co chcesz. Bylebym tylko nic nie zauważyła, gdy wrócę.
- Ok. – odparł z cwaniackim uśmiechem i schował klucze do kieszeni.
- W takim razie... do zobaczenia.
- Powodzenia, Lizzy. – uśmiechnęłam się do niego ostatni raz i wyszłam.
Godzinę później usłyszałam już dzwonek do drzwi i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam w nich Pierre’a, a nie Patrcik’a, jak się spodziewałam. Pomógł mi znieść wszystkie walizki do swojego samochodu, a potem razem pojechaliśmy na lotnisko, gdzie podobno mieli już wszyscy czekać. I czekali. Kiedy tylko wyszliśmy z odprawy od razu rzuciła się nam w oczy czwórka mężczyzn siedzących na ławce jak we własnym domu i Patrick z telefonem przy uchu, który chodził tam i z powrotem. Przywitałam się z każdym z nich i usiadłam na ławce z drugiej strony wraz z Pierre’em a po chwili i Patrick’eim. I dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że po raz drugi w życiu polecę samolotem. Nikt jednak nie potrafi mi wytłumaczyć dlaczego na lotnisku zawsze trzeba pojawić się już dwie godziny przed odlotem. Siedziałam więc na tej nieszczęsnej ławce jak głupia wpatrując się na tablicę informującą o odlotach i zastanawiałam się, co teraz będzie. Jak zmieni się moje życie? Nigdy jeszcze nie zmieniałam tak często miejsca swego pobytu, a tymczasem zapowiada się na to, że co tydzień będę spać w innym hotelu. Tak, jestem tym wszystkim przerażona. Jedna kobieta pośród sześciu mężczyzn w kraju, którego nie zna. Ale i tak, mimo wszystko, uważam, że właśnie tego mi potrzeba.
- Napijesz się czegoś? – zaproponował po kilkunastu minutach bezczynnego siedzenia Pierre.
- Chętnie. Może być woda mineralna. – kiedy to powiedziałam, Patrick uśmiechnął się delikatnie.
- Jeszcze ktoś ma ochotę się czegoś napić?
- Colę! – powiedziało kilka głosów.
- Mam tylko dwie ręce. Nie dziesięć.
- Pomogę. – zaproponowałam wstając z ławki. – No co? – zapytałam czując na sobie zdziwiony wzrok kilku mężczyzn.
- Nic. Ale może masz rację, w życiu warto czasem podejmować ryzyko. – powiedział David śmiejąc się podejrzliwie.
- Sugerujesz, że Pierre to raczej niebezpieczne stworzenie?
- To co, idziemy po tę cole? – wtrącił nagle Pierre, chwytając mnie za rękaw, by już iść.
- Mam wrażenie, że moja obecność jakoś dziwnie na was wpływa. – zauważyłam po chwili, kiedy Pierre już ciągnął mnie za sobą, a ja, co chwilę, odwracałam się za siebie.
- To że jesteś nowa raczej nie stanowi dla nas problemu. – stwierdził, gdy już staliśmy w kolejce. – Jesteś KOBIETĄ. A to już zmienia postać rzeczy. – spojrzałam na niego podejrzliwie. – Wiesz, nigdy jeszcze nie wyjeżdżaliśmy w trasę z kobietą. Wszyscy mówią, że z którymś w końcu wylądujesz w łóżku.
- Zawsze jesteś taki szczery? – zapytałam zaskoczona i zbulwersowana tym stwierdzeniem.
- Staram się. – odpowiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.
- W takim razie dam ci radę: nie jestem łatwą dziwką, ani żadną z waszych napalonych fanek. Mam narzeczonego i nigdy nie poszłabym do łóżka z ŻADNYM z was. – powiedziałam stanowczo, odpowiednio akcentując słowo żadnym i pokazując swój pierścionek zaręczynowy, którego jeszcze się nie pozbyłam. Nie wiem, czy może był to jakiś żart w stylu simple plan, ale jakoś osobiście nie przypadł mi do gustu.
- Ok., ok. Nie chciałem cię obrazić.
- Jasne. – powiedziałam półgłosem, ale tego już nie usłyszał.
- Zawsze pijesz wodę mineralną? – zapytał Pierre, gdy oboje zmierzaliśmy już do chłopaków z 5. plastikowymi kubkami wypełnionymi colą.
- Tak. Przeszkadza ci to?
- Nie, po prostu... Lizzy, przepraszam za tamto. Nie chciałem być chamski. – spojrzałam na niego, by sprawdzić, czy jego wyraz twarzy mówi to samo.
- W porządku. – odpowiedziałam wreszcie. – Potraktuj to jako wskazówkę, jak nie powinno traktować się kobiet. – uśmiechnął się uroczo i nic już nie powiedział.
Sama nie wiem jakim cudem wytrzymałam z nimi te 2 godziny. Szczerze powiedziawszy jestem przerażona tym jak będzie wyglądać nasza współpraca. Oni chyba nie mają pojęcia o czymś takim jak spokój, czy powaga. Są gorsi od najbardziej rozpieszczonych dzieciaków. Opluwają się colą, krzyczą, biegają po niemalże całym lotnisku, zaczepiają niczemu winne młode dziewczyny a w dodatku mają jakieś dziwne przeświadczenie, że każda kobieta pragnie tylko ich. A może tak mi się tylko wydawało? Odniosłam wrażenie, że trochę nie pasuję do tego towarzystwa. Byli mniej więcej w moim wieku, a ja czułam, jak gdybym wybierała się na wycieczkę krajoznawczą z grupą upośledzonych dzieci. Jedynie Patrick wydawał się być z nich wszystkich w miarę prawidłowo rozwiniętym psychicznie człowiekiem. Oczywiście nie chciałam skreślać żadnego z nich. Postanowiłam najpierw poznać wszystkich z tej najlepszej strony i starać się nikogo nie osądzać, choć zdawałam sobie sprawę, że czeka mnie bardzo trudne zadanie.
Bałam się. Mogłam szczerze przyznać się do strachu, jaki odczuwałam przed tym, co miało nadejść.
Może i nie było mi najwygodniej z głową śpiącego Pierre’a na moim ramieniu, ale kiedy nastała nagle błoga cisza wokół mnie, poczułam ulgę. I nawet Pat nie chciał przerywać tej rozkosznej chwili tłumiąc w sobie to pytanie, które tak bardzo chciał zadać. Od razu zauważyłam jak wnikliwie obserwował mnie, gdy bawiłam się pierścionkiem od Jake’a ze skwaszoną miną. Doskonale pamiętam, jak planowaliśmy naszą podróż poślubną. Obiecywał mi wakacje na Karaibach. Tylko we dwoje. Myślę, że zdecydowanie lepiej czułabym się, gdyby to jego głowa spoczywała na moim ramieniu, a ja delikatnie mogłabym spleść nasze dłonie.
Stop! Nie mogę znów tego robić. Nie mogę znów wspominać tego, co było. To już przeszłość, która nigdy nie wróci. Nie będę cały czas żyć złudzeniami. Przecież takie było postanowienie. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale wymażę go całkowicie z mojej pamięci. Muszę to zrobić.
- Pytaj o co chcesz. – stwierdziłam po chwili, by nie męczyć już dłużej Patrick’a. Jak na mężczyznę i tak był nieziemsko cierpliwy.
- Skąd wiesz, że chcę o coś zapytać?
- Widzę jak patrzysz na mnie, na ten pierścionek, którym od dłuższego czasu się bawię i moją niezbyt zadowoloną minę. – uśmiechnęłam się do niego sztucznie. – Kobieca intuicja nigdy nie zawodzi. – dodałam po chwili.
- Jeśli nie chcesz o tym mówić, to nie mam zamiaru o nic pytać. – spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Nie do wiary, że tacy mężczyźni jeszcze istnieją.
- To jakaś taktyka, czy zawsze jesteś taki uprzejmy? – zapytałam wciąż nie mogąc ukryć zdziwienia.
- Może nie uwierzysz, ale na świecie jest jeszcze kilku prawdziwych gentelmanów. – odparł z zadowoleniem. Miał ładny uśmiech – to musiałam przyznać.
- Skromny to ty raczej nie jesteś.
- No cóż, każdy ma jakąś wadę.
Rozmawialiśmy przez całą drogę samolotem, niemal jak najlepsi przyjaciele. Chciałam opowiedzieć mu całą historię o Jake’u, ale ostatecznie ugryzłam się w język. Nie wiem dlaczego. Może jeszcze nie jestem gotowa na wyjawianie komuś tego, co leży mi na sercu. Jednego jednak jestem pewna – jeśli kiedykolwiek komuś o tym powiem, będzie to z pewnością Patrick. I Patrick z baru rzecz jasna też. Swoją drogą, ciekawe, czy każdy facet o imieniu Patrick żyjący na tej ziemi jest tak miły jak tych dwóch, których już miałam przyjemność poznać...


"Zakładamy, że najpoważniejsze zmiany w naszym życiu zachodzą powoli... Z czasem. Jednak to nieprawda. Wielkie rzeczy dzieją się natychmiast.(...)Czasem nawet nie wiesz, że cokolwiek się zmieniło. Myślisz, że nadal jesteś sobą, a twoje życie wciąż jest twoim życiem. Pewnego dnia budzisz się, rozglądasz i stwierdzasz, że nic nie poznajesz. Nic, a nic."

komentarze [2]

4. Keep your faith in me >> wtorek, 2 lutego 2010 19:31:17
Pojawiłam się w barze na godzinę przed czasem. Nie mogłam wysiedzieć w domu bezustannie rozmyślając o pracy, którą miałam możliwość dostać już tego wieczoru, a dzięki której mogłabym wreszcie na jakiś czas uwolnić się od Kanady. Ta myśl wprawiała mnie w dziwny stan , nieco niespokojny, bo przecież, z jednej strony nic jeszcze nie było przesądzone, a z drugiej – moja wyobraźnia nigdy nie była skora, by nie przekraczać pewnych granic. Z podekscytowania przechodziłam w zdenerwowanie chodząc tam i z powrotem po pokoju, aż w końcu zdecydowałam się wyjść i nie wracać do chwili zakończenia rozmowy z niejakim Patrick’iem Langlois. Założyłam zwykłe, jasne spodnie z lnu i granatowy T-shirt, po czym wolnym krokiem zmierzałam w stronę mieszczącego się na rogu ulicy baru. Jak na maj w Kanadzie, dzień był wyjątkowo gorący, toteż gdy tylko usiadłam, jak już zwykłam, przy ladzie bez wahania poprosiłam Patrick’a o szklankę wody.
- Jacy oni są? – zapytałam po chwili uświadamiając sobie, że marzę o pracy, którą przecież musiałabym, gdyby mi się udało, wykonywać z grupą całkowicie obcych mi ludzi. Patrick, który właśnie przygotowywał drinka jednej z klientek, spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Kto?
- Ten manager i jego zespół.
- Nie znam ich na tyle dobrze, by móc o nich snuć opowieści, ale mogę cię zapewnić, że Patrick, ich manager, to porządny facet. Gwarantuję, że znajdziesz z nim dobry kontakt. – powiedział posyłając mi swój uroczy uśmiech.
- Jeśli w ogóle tę pracę dostanę...- westchnęłam, ale tego już nie usłyszał oddalając się w stronę klientki, by podać jej drinka. Wyciągnęłam paczkę papierosów, po czym zapalając jednego, obserwowałam młodą kobietę, która wdzięczyła się do Patrick’a. Nie wiedziałam, co mówi, ale każdy jej ruch sprawiał, iż miałam wrażenie, jakby szukała tylko okazji, by wskoczyć pierwszemu lepszemu do łóżka. I wcale się nie zdziwiłam, kiedy odeszła z naburmuszoną miną, a Pat, jak gdyby nigdy nic, podszedł znów do mnie.
- Podrywała cię. – stwierdziłam zaciągając się niezdrowym, nikotynowym dymem.
- Nie była w moim typie. – odparł obojętnie nawet nie spoglądając w moją stronę. Nim zdążyłam o cokolwiek ponownie zapytać, pojawił się nagle obok mnie wysoki blondyn, który uśmiechał się radośnie w stronę Patrick’a.
- Miło cię znów widzieć. – zaczął spontanicznie rozmowę ów nieznajomy. – Pomyślałem, że pojawię się wcześniej, bo dawno nie rozmawiałem już z kimś bardziej normalnym, niż banda tych świrów. – zaśmiał się cicho, po czym opierając się wygodnie o blat poprosił o piwo. W tym czasie ja skończyłam swojego papierosa i znacząco mrugnęłam do Patrick’a, by wreszcie mnie przedstawił.
- To właśnie Elizabeth. – stwierdził po chwili stawiając przed przyjacielem kufel z piwem. Uśmiechnęłam się nieśmiało, kiedy na mnie spojrzał nieco zaskoczony faktem, że cały czas tam byłam, i uścisnęłam jego dłoń.
- Miło mi cię poznać. Patrick dużo mi o tobie opowiadał.
- Naprawdę? Ja o tobie niestety zbyt wiele się nie dowiedziałam. – odparłam patrząc znacząco w stronę Patrick’a stojącego za barem.
- Może usiądziemy przy jednym ze stolików? Wyjaśnię ci wszystko co i jak na spokojnie.
- Nie ma sprawy. – wzięłam swoją szklankę z wodą, po czym usiedliśmy oboje w miarę niezatłoczonej części pomieszczenia.

Jak na zapracowanego managera sprawiał wrażenie niezwykle sympatycznego człowieka, który jednak nigdy nie popadał w skrajności. W przeciwieństwie do wszelkich wyobrażeń, jakie powstają w mojej głowie na dźwięk słów „manager zespołu rock’owego”, Patrick stanowił albo całkowity wyjątek, albo to ja, jak dotąd, miałam błędne wyobrażenie na temat jego pracy. Wiedziałam, że z pewnością nie należy ona do najłatwiejszych, dlatego też byłam przygotowana na dwie opcje: elegancik w garniturze bezustannie spoglądający na swój zegarek, bądź rockman w skórze, ćwiekach i z tatuażami zajmującymi ponad 70% jego skóry. Nie spodziewałam się raczej zwykłych jeansów, koszulki i czapki z daszkiem. Mijając go na ulicy nigdy nie zarezerwowałabym dla niego etykietki z nazwą „manager”. Jeśli w ogóle zwróciłabym na niego uwagę, rzecz jasna. Nie zauważyłam też żadnej dziwnie wyglądającej rzeczy w jego ubiorze ani w wyglądzie. Nic, co mogłoby wskazywać, że jest kimś więcej, niż zwyczajnym obywatelem Kanady. Niemal bezustannie się uśmiechał i nim zdążyłam dociec, czy to ze mną coś nie tak, czy też on pozował na pewnego siebie flirciarza, zorientowałam się, że sama zaczęłam się niekontrolowanie uśmiechać. To było zadziwiające.
Przez całe 20 minut tłumaczył mi dokładnie, nie pomijając najmniejszych szczegółów, jak miałaby wyglądać moja praca i życie w trasie, a ja tylko co chwilę potakiwałam głową na znak, że wszystko doskonale rozumiem. Tak naprawdę mógł streścić to w kilku słowach mówiąc, że moim zadaniem będzie bieganie z całym zespołem na wywiady, sesje zdjęciowe, koncerty i gdzie tylko będzie to jeszcze możliwe, by nigdy nie pojawił się jakikolwiek błąd z porozumiewaniem. Miało to oznaczać wygodę zarówno dla nich, jak i ludzi z nimi współpracujących. Praca wydawała się być niezwykle prostą. O wiele trudniejszym jednak było zdecydowanie się na spędzanie 24 godzin siedem dni w tygodniu przez niemal cały rok z osobnikami płci męskiej, których jeszcze nie miałam okazji poznać i choć odrobinę zorientować się, czy wyjazd ten nie będzie wymagał nazbyt wielkiego poświęcenia z mojej strony. Ale podobno w życiu czasem warto zaryzykować.
To była dla mnie wielka szansa, by tym razem zacząć znów od nowa. Zostawiając za sobą wszystko to, co sprawiało mi ból w okolicy klatki piersiowej. Zgodziłam się od razu. Patrick nalegał jednak, bym przemyślała to jeszcze dokładnie i dała mu znać następnego dnia, ale ja i tak byłam już pewna swojej odpowiedzi. Podał mi swój numer i stwierdził, że będzie czekał na mój telefon, po czym zaproponował mi drinka uśmiechając się w taki sposób, że nie byłam mu w stanie odmówić. W jego sposobie bycia było coś niezwykłego, coś, co po dłuższym przebywaniu z nim sprawiało, że miałam ochotę lepiej go poznać. Jego zielone oczy błyszczały radośnie, a zarazem skrywały tajemnicę jego wnętrza, którą z pewnością każda kobieta chciałaby poznać. Był taki beztroski i swobodny, a zarazem opanowany i spokojny. Niepozornie zwyczajny mężczyzna, przy którym wprost niemożliwe było by nie uśmiechnąć się choć raz. I wcale nie musiał opowiadać najlepszych kawałów świata, czy też urządzać konkursu w stylu kto zrobi głupszą minę. Wystarczył jego sympatyczny wyraz twarzy i głos, który sprawiał, że przyjemnie się słuchało o czymkolwiek mówił. Nim się obejrzałam, wskazówki zegara zdążyły już zawędrować do godziny 22, a ja wciąż rozmawiałam z moim przyszłym pracodawcą (bo chyba tak mogłam już nazwać Patrick’a). Obiecując, że zadzwonię następnego dnia z moją odpowiedzią, opuściłam bar i wolnym krokiem ruszyłam do domu.
Wróciłam dziwnie spokojna. Zwyczajnie weszłam do salonu, wyciągnęłam z szafy wielką torbę i wpakowałam tam wszystkie zdjęcia, albumy, maskotki i pamiątki od Jake’a. Wreszcie panował tam porządek. Nie wiem co mi odbiło. Chyba nadmiar endorfiny w moim mózgu tak na mnie podziałał. Postawiłam torbę w przedpokoju i usiadłam wygodnie na kanapie w salonie. Jak gdyby nigdy nic włączyłam DVD i przez prawie całą noc oglądałam filmy czując się niezwykle... beztrosko?

O zespole, z którym już niedługo miałam rozpocząć pracę wyjeżdżając razem z nimi w roczną trasę koncertową, wiedziałam tylko tyle, że składa się z pięciu osobników płci męskiej. Patrick nadmieniał coś, że to całkiem sympatyczni i nieco zwariowani faceci (ciekawe, czy jego skala bycia zwariowanym jest podobna do mojej, czy może też całkowicie się różni?) i obiecał, że wkrótce urządzi jakieś zapoznawcze spotkanie. Miałam tylko nadzieję, że owo integracyjne spotkanie nie wpłynie na mnie zbyt negatywnie. Szkoda byłoby rezygnować z tak ciekawej propozycji pracy tylko ze względu na kilku niezrównoważonych mężczyzn.
Niecały tydzień później, kiedy spędzałam leniwe popołudnie z książką, zadzwonił do mnie pan Langlois z wiadomością, iż cokolwiek zaplanowałam na wieczór, jestem zmuszona to odwołać. Nie miałam nic przeciwko, toteż z przyjemnością zgodziłam się na spędzenie tej jednej nocy w towarzystwie nowych znajomych. Powoli zaczynałam przyzwyczajać się do myśli, iż moje życie stopniowo zaczyna się zmieniać. Choć nigdy nie byłam zwolenniczką imprez i jeśli tylko było to możliwe, unikałam ich pod byle pretekstem, tym razem odczuwałam coś w rodzaju... podekscytowania. Już od godziny 16 zaczęłam przeszukiwać szafę, by znaleźć coś odpowiedniego, w czym mogłabym sprawić pozytywne wrażenie. Przeglądając się w lustrze w czarnej sukience, która od poprzedniej różniła się tylko głębokością dekoltu, przez chwilę sama nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę ja. Ja, Elizbaeth Watson, która gdy już musiała iść na imprezę, zakładała zwykłe, czarne dżinsy i szary T-shirt, by jak najmniej rzucać się w oczy. Tym razem jednak, odważnie zdecydowałam się założyć sięgającą kolan jasnozieloną sukienkę na ramiączkach, którą bezmyślnie kupiłam niedługo po rozstaniu z Jakiem. Nie mam pojęcia, co mnie do tego podkusiło. Byłam pewna, że nigdy jej na siebie nie włożę, chyba że doszczętnie zwariuję. Czyżby właśnie nadeszła ta chwila, kiedy szaleństwo przejęło nade mną kontrolę? Jakkolwiek by to nazwać, było mi z tym dobrze. Zapomniałam już jak to jest stać przed lustrem z wielkim uśmiechem na twarzy i okręcając się dookoła z zachwytem spoglądając na wirującą razem ze mną sukienkę. Zrobiłam delikatny makijaż, założyłam czarne szpilki i w chwili, gdy po raz kolejny patrzyłam na swoje odbicie w lustrze, rozległo się pukanie do drzwi. Gdy tylko je otworzyłam, poczułam na sobie zaskoczony wzrok Patrick’a, którym przez dłuższą chwilę dokładnie mnie lustrował.
- Ładnie wyglądasz. – stwierdził wreszcie uśmiechając się uroczo. Podziękowałam odwzajemniając uśmiech, po czym oboje ruszyliśmy do czekającej już na zewnątrz taksówki.

Weszliśmy do klubu. Minęło trochę czasu zanim przyzwyczaiłam się do głośnej muzyki i całego otoczenia. ‘Ciekawe jakim sposobem mamy poznać się w tym hałasie’ pomyślałam zrobiwszy parę kroków. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to kilka pomarańczowych lamp rozmieszczonych po całym pomieszczeniu, które mimo wszystko, nie dawały zbyt wiele światła. Trzymając się dłoni Patrick’a powoli przemierzałam przez roztańczony i rozwrzeszczany tłum próbując przy tym nie wpaść na kilku schlanych i widocznie napalonych mężczyzn, którzy tylko czekali na okazję, by którąś zmacać. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie dotarliśmy do stolika zarezerwowanego specjalnie dla Simple Plan. Całe szczęście w każdym boksie były małe lampki, które zamieniały to miejsce w całkiem przytulny lokal i choć w minimalnym stopniu umożliwiały widoczność siedzących obok gości.
- To właśnie Elizabeth Watson, wasza nowa tłumaczka, a zarazem nowy członek zespołu. – przedstawił mnie Pat, a ja od razu poczułam na sobie kilka wnikliwie przyglądających mi się par oczu. Później każdy przedstawił się z osobna ( co z zresztą i tak okazało się bezsensowne, bo po chwili nie pamiętałam już imiona żadnego z nich), a ja usiadłam między jakimś brunetem a Patrick’iem. Nie miałam pojęcia o czym z nimi rozmawiać. Czułam się trochę nieswojo, dlatego praktycznie przez większość czasu rozmawiałam z Patrick’iem, którego zdążyłam już trochę poznać. Ale po chwili pan Langlois postanowił zostawić mnie sam na sam z chłopakami twierdząc, że przydałoby się coś wypić. Siedziałam więc jak ta głupia rozglądając się po rozbawionym tłumie i modliłam się, by Pat jak najszybciej wrócił.
- Elizabeth? – głos któregoś z nich nagle wyrwał mnie z rozmyślań.
- Dla przyjaciół po prostu Lizzy. – stwierdziłam uśmiechając się.
- Skoro przez najbliższy rok z przerwami mamy przebywać ze sobą praktycznie 24 na dobę, to wypadałoby się jakoś poznać.
- Też tak sądzę. – odparłam. – Więc... może coś o sobie opowiecie? – zapytałam rozluźniając się trochę.
- Pierre chciał zapytać, czy masz faceta! – zawołał brunet siedzący naprzeciwko mnie.
- Desrosiers, niezły z ciebie aktor! Mieliśmy zrobić dobre wrażenie! - odciął się mu Pierre, na co ja zareagowałam tylko uśmiechem.
- Zwykle staramy się zachowywać porządnie w obecności nowo poznanej kobiety, ale jak widzisz niektórzy skutecznie nam to uniemożliwiają. – zaczął tłumaczyć się Pierre zerkając znacząco w stronę owego Desrosiers’a (jeśli dobrze skojarzyłam).
- Lizzy nie przejmuj się. Po prostu staraj się tej dwójki unikać i wszystko będzie w porządku. – doszedł mnie głos siedzącego nieco dalej szatyna.
- Dzięki za radę... – zawahałam się próbując daremnie przypomnieć sobie jego imię.
- Seb.
- Właśnie, Seb. Nie mam pamięci do imion.
- Za kilka miesięcy z pewnością już ich nigdy nie zapomnisz.
- To może opowiesz nam coś o sobie? – zapytał siedzący obok mnie Pierre.
- O mnie? Myślę, że moje życie w porównaniu z waszym nie wyróżnia się jakoś specjalnie. – odparłam próbując wymigać się od opowieści swojego życia. – Ale mamy razem pracować, a ja właściwie to niewiele o waszym zespole słyszałam. Może uraczycie mnie jakąś ciekawą historią? – zaproponowałam uśmiechając się zachęcająco. I zadziałało. Nie jestem do końca pewna, czy to mój uśmiech, czy może jakiś inny czynnik, ale kiedy Seb zaczął opowiadać, nagle całe towarzystwo się rozluźniło, a ja raz po raz wybuchałam śmiechem, nie mogąc uwierzyć, że takie historie zdarzają się naprawdę.
- Widzę, że dobrze się beze mnie bawicie. – usłyszałam nad sobą głos Patrick’a, który właśnie postawił na stoliku kilka piw i, jak skojarzyłam po kolorze, mojego ulubionego drinka .
- Skąd wiedziałeś co piję? – spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Wiesz, mam takiego przyjaciela, który pracuje w jednym z barów. Wiele rzeczy się od niego dowiaduję. – stwierdził mrugając do mnie zadziornie.
- Hej, Lizzy, lepiej na niego uważaj. On tylko wygląda na takiego porządnego, ale tak naprawdę to skrywa w sobie niebezpieczne tajemnice. – zauważył siedzący naprzeciwko mnie David uśmiechając się do mnie czarująco.
- Chyba zapomniałem ci powiedzieć, że poprzez te ciągłe podróże są trochę... specyficzni. – zauważył Pat patrząc z uśmiechem na chłopaków.
- Już zdążyłam to zauważyć. – odparłam częstując się drinkiem. Nie pamiętam już jak długo tak siedzieliśmy rozmawiając, żartując i śmiejąc się do rozpuku. Czułam się jak we śnie. Pierwszy raz od roku tak dobrze się bawiłam całkowicie zapominając o Jake’u. Naprawdę nie pomyślałam o nim ani razu. Nawet nie miałam na to czasu, bo albo tańczyłam na parkiecie z kilkoma facetami naraz, albo siedziałam w boksie pijąc drinka bądź piwo (zależnie od tego, co pierwsze wpadło mi w dłoń) i słuchałam kolejnych opowieści chłopaków. Odniosłam wrażenie, że są niezwykle odporni na działanie alkoholu. Kiedy ja śmiałam się jak opętana po czwartym już drinku, a świat wirował wokół mnie, oni, jak gdyby nigdy nic, wlewali w siebie kolejne litry piwa (a później whisky, która nie wiem skąd, nagle pojawiła się na stoliku). Czułam się świetnie. To było naprawdę zaskakujące i właściwie wbrew logice, iż udało mi się z każdym złapać dobry kontakt. Takie bynajmniej miałam wrażenie, gdy odprowadzali mnie aż pod drzwi mojego mieszkania, a kiedy, dziwnym zbiegiem okoliczności, nie potrafiłam otworzyć zamka u drzwi, każdy z nich z chęcią postanowił spróbować swoich sił, choć ostatecznie i tak ja, pod presją spędzenia nocy na korytarzu, szczęśliwie otworzyłam te drzwi. A może tylko czekali, by zaproponować nocleg u siebie? Sama nie jestem do końca tego pewna.
Jeśli wytrzymam z nimi ten rok, a moje życie nie wywróci się do góry nogami, przyrzekam, że zapiszę się na terapię u specjalisty.
________

Długo mnie nie było. Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze wchodzi i czy w ogóle jest ktokolwiek zainteresowany tymi bzdetami, w każdym razie, to moje ostatnie opowiadanie.
Chyba nadszedł czas, by zakończyć przygodę z mylogiem i przenieść się nieco do świata rzeczywistego, bo tkwienie w świecie utkanym nićmi własnej wyobraźni w końcu chyba nie wychodzi na zdrowie.
To opowiadanie oczywiście dokończę. Może jeszcze w tym tygodniu dodam wszystkie 80 stron, które, jak dotąd powstały i odchodzę.
DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, którzy czytali. Dziękuję, za każdy komentarz.
Mam nadzieję, że nie zmarnowałam Waszego czasu.
I życzę owocnej weny, dla wszystkich piszących:)
komentarze [0]

3: You'll see the sun again >> poniedziałek, 8 czerwca 2009 12:42:09

Czas na powrót.
Są wakacje, masa wolnego czasu, ale natchnienia jak nie było, tak nie ma.
Wiem, że nadal nie dzieje się nic nadzwyczaj ciekawego, ale obiecuję, że już niedługo...
A na razie możecie ponudzić się trochę czytając to.
_________________________

“And you probably don't want to hear tomorrow's another day
Well I promise you you'll see the sun again
And you're asking me why pain's the only way to happiness
And I promise you you'll see the sun again”

- Cześć, Patrick. – powiedziałam ledwo dosłyszalnie siadając na jednym z krzeseł przy barze.
- Miło Cię znów widzieć, Liz. Co tak wcześnie dzisiaj? Nie powinnaś być jeszcze w pracy?
- Teoretycznie tak.
- Teoretycznie? – zapytał patrząc na mnie podejrzliwym wzrokiem. Podał jednemu z klientów piwo, po czym podszedł bliżej i opierając się o blat patrzył na mnie wyczekująco.
- Weber mnie dziś zwolnił. I jeszcze miał czelność powiedzieć, że mu przykro! Nawet nie mogłam wyzwać go od najgorszych! – żachnęłam się, co wywołało mimowolny uśmiech na twarzy Patrick’a, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to poważna sytuacja. Jednak widok tak nadzwyczaj ożywionej mnie z pewnością go ucieszył. Przecież zawsze siedziałam tak spokojnie, czasem nawet w ogóle się nie odzywając i uważnie obserwując kolejnych klientów. Znał mnie dopiero rok. A może aż rok. Oczywiście widywaliśmy się już wcześniej, ale w jego barze zaczęłam pojawiać się dopiero od rozstania z Jake’iem, Od zawsze zajmuję to samo miejsce przy barze i prawie zawsze zamawiam wodę mineralną z cytryną. Prawie, bo czasem proszę o coś mocniejszego, co z resztą nie zawsze wychodzi mi na dobre. Nie jesteśmy przyjaciółmi. Mam wrażenie, że istnieje między nami ta nadzwyczajna nić porozumienia, której nie można nazwać ani przyjaźnią, ani też głębszym uczuciem. Choć tak niewiele rozmawiamy oboje wiemy, że możemy na sobie polegać. To dziwne, ale czasem mam wrażenie, jakbym miała okazję poznać go już wcześniej. O wiele wcześniej.
Długo zwlekałam, nim zdecydowałam się cokolwiek mu powiedzieć. Sama nie wiem do końca dlaczego. Jeszcze przed naszym poznaniem, często zerkał w moją stronę, pewnie zastanawiając się, czy nie mam nic lepszego do roboty od ciągłego przesiadywania w knajpie popijając wodę mineralną, bądź drinka, a czasem po prostu paląc papierosa i bezustannie o czymś myśląc. Nigdy jednak nie zauważyłam w jego szarych oczach, by miał mi to za złe. Na pierwszy rzut oka wydawał się być zwykłym, młodym mężczyzną, który doskonale radził sobie w roli barmana. Może i nie należał do kategorii przystojniaków z idealną klatą, pięknym uśmiechem i odjechaną furą, ale w jego twarzy zawsze dostrzegałam coś, co za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, zachęcało mnie, by poznać go bliżej. Bezustanne milczenie w końcu mnie zmęczyło, zdecydowałam się więc pewnego wieczoru rozpocząć rozmowę z nieznajomym barmanem. Zapytałam, czy lubi swoją pracę. I od tamtego wieczoru byłam już pewna, że nie jest tylko zwykłym, młodym mężczyzną, który pracuje za barem. Stał się kimś ważnym, kimś nadzwyczajnym w świecie szarej zwyczajności. Nigdy nie zadawał dziwnych, krepujących pytań. Nie był ciekawski, jak większość ludzi, którzy udając dobre dusze, które chętnie wysłuchają twoich żali, w głębi serca cieszą się, że ktoś inny cierpi o wiele bardziej od nich. Patrick był... On po prostu BYŁ. I wiedziałam, że nigdy nie postanowi nagle, bez słowa zniknąć.
Kiedy milczałam – uśmiechał się, nigdy nie próbując zmusić mnie do gadania. Kiedy już mówiłam – słuchał nie rozglądając się dookoła, nie bawiąc się telefonem i nie udając zainteresowania. Pomimo jednak całej sympatii, jaką darzyłam Patrick’a, nie potrafiłam tak od razu powiedzieć mu o Jake’u. Wciąż nie mogę rozstrzygnąć, co mną kierowało i nadal kieruje. Rozstania to przecież niemal nieodłączna część ludzkiego życia. Dlaczego więc tak trudno jest mi o tym mówić?
Może dlatego, że tak naprawdę, nigdy nie potrafiłam być wściekła na Jake’a za to, co zrobił? A może to samo przychodzi z czasem? Może w końcu przyjdzie taka chwila, kiedy bez zbędnych łez, bez przygniatającego bólu na nowo otwieranej rany, będę mogła o tym wszystkim opowiedzieć? Wierzę, że nawet na najgłębszym dnie istnieje miejsce, z którego można się odbić.
Tak bardzo chciałabym przestać się już tym wszystkim przejmować. Zapomnieć. I nigdy nie wspominać.
- Ale chyba miał jakiś konkretny powód, dla którego Cię wylał? – z zamyślenia wyrwał mnie głos Patrick’a.
- Miał. – odburknęłam. – Miał ich aż za dużo. W sumie to dziwię się, że tak długo mnie tam trzymał.
- Co zamierzasz zrobić?
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. I to jest najbardziej dobijające. Nie wiem, co zrobić z własnym życiem. – spojrzałam zamyślonym wzrokiem w stronę gości siedzących przy stolikach w dalszej części baru. Wszyscy wydają się być takimi szczęśliwymi. Tam zakochana para, tu śmiejący się głośno przyjaciele. A ja użalam się nad faktem, że straciłam pracę, na co zresztą sama sobie zasłużyłam. Czyżbym była zadufaną w sobie egoistką?
- Ale chyba poszukasz nowej pracy?
- Muszę jakoś na siebie zarobić. W najgorszym wypadku zapytam Cię, czy Twój szef nie potrzebuje jeszcze jednej kelnerki. – odpowiedziałam wykrzywiając swoje usta w coś, co miało przypominać uśmiech.
- Mówisz poważnie? – zapytał nieco zdziwiony.
- Jeśli nigdzie mnie nie przyjmą, to tak. Jak najbardziej.
- Z Tobą już jest naprawdę źle, Liz. – stwierdził śmiejąc się. Podał mi jeszcze moją ulubioną wodę mineralną z plasterkiem cytryny i odszedł do klientów.

Czasem zastanawiam się jakim cudem mogę jeszcze żyć w tym mieszkaniu. Nie potrafię się zdobyć na ten jeden krok, by wreszcie na zawsze wyrzucić Jake’a ze swojego życia. Za każdym razem, kiedy wchodzę do salonu, mam wrażenie, że on mnie obserwuje, że jest gdzieś blisko. I właśnie dlatego staram się omijać teraz to pomieszczenie. Siedzę w kuchni, piekąc ciasta, ciasteczka i inne smaczności ( choć tak naprawdę nie mam pojęcia dla kogo to robię ), albo wychodzę z domu i idę na spacer dokądkolwiek. Talent kucharski odziedziczyłam po ojcu, z którym nie widziałam się już od kilku dobrych miesięcy. Już dawno chciałam zadzwonić, ale zabrakło mi odwagi. Nie wiem, jak on to robi, ale zawsze potrafi wyczuć, że coś jest nie tak, a ostatnie, czego pragnęłam, to by dowiedział się o moim zwolnieniu z pracy i chronicznym użalaniu się po stracie ukochanego. Zdając sobie sprawę, że zwlekanie jest złe, i tak to robię, starając się ignorować sumienie, które nieustannie informuje mnie, że nie mam za grosz szacunku do ojca, który sam w Ottawie stara się utrzymać dom i opłacić pobyt matki w ośrodku dla chorych na Alzheimera. Choć ona uznaje go za całkowicie obcego człowieka, on twierdzi, że wciąż go jeszcze kocha. Podziwiam jego siłę i to jak dobrze sobie z tym wszystkim radzi. Choć nigdy nie stanowili wzoru małżeństwa, nie poddawali się nawet w sytuacjach kryzysowych. Jakkolwiek jednak, nigdy nie miałam z matką zbyt wielkiego kontaktu. Byłam jej dzieckiem niespełnionych ambicji. Zawsze marzyła, bym, tak jak i ona, zrobiła karierę lekarza, jednak, pomimo najszczerszych chęci, czułam, że to nie dla mnie. Nigdy nie lubiłam, kiedy do czegoś mnie zmuszano, a tym bardziej, jeśli miało to zaważyć na mojej przyszłości i życiu w ogóle. Kiedy w wieku 18 lat oświadczyłam mamie, że nie wybieram się na medycynę za żadne skarby, bo moim odwiecznym marzeniem są podróże, zdawało się, że już nigdy się do mnie nie odezwie. I choć przeszło jej po trzech miesiącach nieustannych dąsów, za każdym razem, kiedy wracałam do domu, czułam się w jej towarzystwie obco. Nie musiała nic mówić. Widziałam wszystko w jej oczach i doskonale zdawałam sobie sprawę, że ją zawiodłam. Zawiodłam jej plany, jej ambicje, zaprzepaściłam jej szczęście. Starałam się to naprawić, ale nawet najlepsze stopnie na studiach, niezliczone ilości konkursów, które wygrałam, certyfikaty, o które walczyłam nie śpiąc po nocach, nie przynosiły jej satysfakcji. Tato był ze mnie dumny, jednak zawód, który sprawiłam mamie, doprowadził do tego, że niemal cały mój wolny czas spędzałam nad kolejnymi książkami, ucząc się tego, co naprawdę lubiłam. Na początku przynosiło mi to satysfakcję. Wierzyłam, że uda mi się spełnić marzenia, że znając tak wiele języków i kulturę tak wielu krajów, uda mi się dokonać wszystkiego. W miarę jednak upływu czasu uświadamiałam sobie powoli, że moje marzenia zostały zastąpione obsesją. Obsesją, by udowodnić matce, że nie trzeba być świetnym lekarzem, by robić wielkie rzeczy. Teraz jestem tego świadoma, jednak jeszcze kilka lat temu byłam całkowicie zaślepiona. I może to właśnie dlatego nie odczuwałam tak wielkiego żalu, jak ojciec, kiedy dowiedzieliśmy się o chorobie mamy...
Tak, czy inaczej, ta przeszłość znajduje się już daleko za mną. Mam jednak nadzieję, że przyszłość przyniesie mi coś lepszego, coś, co sprawi, że znów zapragnę spełniać swoje marzenia.

Była chyba godzina 17. Sobota. Właśnie wyciągałam z piekarnika piernik czekoladowy, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Z wrażenia prawie upuściłam ciasto na podłogę, w końcu nie często mam zaszczyt gościć kogoś w mieszkaniu. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnim razem tu ktoś był. Zrzuciłam moją kucharską rękawicę i odruchowo poprawiając włosy ruszyłam w stronę drzwi.
- Patrick? – zapytałam zszokowana.
- We własnej osobie. – odparł uśmiechając się tajemniczo.
- Wejdź. – zaprosiłam go przesuwając się w bok. – Czemu zawdzięczam Twe odwiedziny? Wnioskuję, że raczej nie wpadłeś na zwykłe pogaduszki ze stałą klientką z baru. – spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Dobrze wnioskujesz. – uśmiech nie schodził mu z twarzy. Byłam pewna, że coś kombinuje. – Czyżbyś właśnie wyjęła ciasto z piekarnika? Coś ładnie pachnie. – zauważył po chwili zaglądając w stronę kuchni.
- Zgadłeś. Napijesz się czegoś? – zapytałam ruszając w stronę kuchni zanim zdążył odpowiedzieć.
- Może być herbata. Najlepiej owocowa, jeśli masz oczywiście. – wyciągnęłam z szafki dwa kubki i postawiłam wodę. Zastanawiając się, co takiego wydarzyło się, że Patrick postanowił wpaść do mnie niezapowiedzianie, zapomniałam w ogóle o jego obecności w moim mieszkaniu. Dopiero, gdy zagotowała się woda i zalałam nią dwie herbaty, zorientowałam się dla kogo to jest. ‘ Idiotka’ pomyślałam kierując się w stronę salonu niosąc ostrożnie gorącą herbatę. Nie chciałam, by ktokolwiek wiedział o moich chorych uczuciach. Patrick pewnie musiał być nieco zaszokowany zastając mój salon w tak dziwnym stanie.
- Przepraszam za to. – stwierdziłam stawiając na stoliku kubki z herbatą i jednym ruchem ręki zmiotłam wszystko na podłogę.
- Nie szkodzi. Hej! A gdzie ciasto? – zapytał udając oburzenie.
- Zaraz przyniosę. – odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do kuchni po ciasto. Kiedy wróciłam z talerzem wypełnionym muffinami, Patrick właśnie trzymał w ręku ramkę ze zdjęciem, na którym z wielką miłością spoglądałam w oczy Jake’a.
- To co ważnego masz mi do powiedzenia? – zapytałam wyrywając mu zdjęcie i rzucając je w stronę reszty tkwiących na podłodze przedmiotów będących niegdyś podarunkami od mojego ukochanego.
- Mam dla Ciebie pracę. Pomyślałem, że wyjazd z Montrealu na jakiś czas dobrze Ci zrobi.
- Praca? Ale... gdzie? – zapytałam zaskoczona.
- Mój przyjaciel, również Patrick, jest managerem jakiegoś zespołu i mówił, że potrzebuje dobrego tłumacza. No i od razu pomyślałem o Tobie. Oczywiście jeśli nie chcesz, nie ma sprawy. A jeśli byłabyś tym zainteresowana, bądź jutro w barze o 19. Porozmawiasz z Pat’em, on Ci wszystko wyjaśni. – patrzyłam na niego jak zamurowana. Nie byliśmy nawet przyjaciółmi, a on postanowił tak po prostu do mnie przyjść, by powiedzieć, że być może załatwił mi pracę. Poczułam nutkę ekscytacji na myśl o wyjeździe z kraju w roli tłumacza, jednak szybko wróciłam na ziemię próbując sobie wyjaśnić w duchu, że nawet nie mam pojęcia, o co naprawdę chodzi i nigdy nie wiadomo, co przyniesie los.
- Patrick, Ty mówisz poważnie?
- Oczywiście, że tak. Chyba nie myślisz, że przyszedłem tu tylko po to, by robić sobie żarty. – był naprawdę wspaniały. Przesiedzieliśmy tak razem dobrych kilka godzin rozmawiając o wszystkim. Prawie o wszystkim. Ani razu nie zapytał o to, co zamierzam zrobić z tym wszystkim, co zajmowało prawie cały mój salon. Nie powiedział, że to głupie, nie stwierdził, że powinnam dać sobie już spokój. Po prostu ze mną rozmawiał, zjadając przy tym prawie wszystkie muffiny. Cieszyłam się, że choć jeden wieczór mogę spędzić inaczej niż zwykle. I wreszcie od kilku dni nie uciekałam z salonu. Kiedy wychodził zasugerował tylko, że czasem warto rozprawić się z przeszłością raz na zawsze. Nie mam pojęcia, czy miał na myśli te wszystkie zdjęcia, które zobaczył w salonie, ale chyba miał rację. Szkoda tylko, że ten jeden krok może sprawić tak wiele trudności...

“I know that I’m not perfect
But I can smile
And I hope that you see this heart
Behind my tired eyes”

komentarze [5]

2. How to save a life? >> wtorek, 14 kwietnia 2009 20:39:48

„Więc zabierz mnie do tamtych miejsc,
gdzie pędził czas w rytm naszych serc...”

Cały dzień przeszukiwałam wszystkie możliwe miejsca, w których mogły znaleźć się jakiekolwiek rzeczy związane z Jake’iem. Doszłam do wniosku, że najwyższy czas porzucić już wszelkie nadzieje i zacząć żyć od nowa ze świadomością, że jestem wolną, niezależną kobietą. Zdecydowałam, że muszę w końcu coś zrobić z tym zdjęciem na szafce przy łóżku. Muszę pozbyć się wszystkich albumów, które razem kompletowaliśmy, wszystkich prezentów i prezencików, które przypominałyby mi o jego istnieniu. I wreszcie, co najistotniejsze, powinnam już zdjąć z palca ten pierścionek zaręczynowy.
Tak - to zdecydowanie był bardzo dobry pomysł. Każdy album, każdą maskotkę, każdą figurkę kładłam na podłodze w salonie z zamiarem, że później połowę z tych użytecznych rzeczy oddam na jakiś szczytny cel, a resztę wyrzucę. Szkoda tylko, że wytrwałość nigdy nie była moją mocną stroną. Choć starałam się oprzeć pokusie, nie potrafiłam odmówić sobie tej jeszcze jednej chwili, by otworzyć ten ogromny, w brązowej, skórzanej okładce, album i przeglądając wszystkie wspólne zdjęcia przypominające o tych cudownych chwilach, które razem spędziliśmy, wylewałam kolejne łzy przy niegdyś naszej ulubionej melodii jednej z piosenek Rod’a Stewart’a. A pierścionek... No cóż, został na swoim miejscu, gdyż wystarczyło tylko patrzeć na niego o minutę za długo, by dokładnie przypomnieć sobie ten moment, kiedy Jake zaproponował mi małżeństwo.
Byłam jak odurzona. Odurzona nim, jego zapachem, miłością, słowami, których już nie było. Jednak to nie wspomnienia były dla mnie tak bolesne. Mogłabym po prostu pozbyć się tego wszystkiego w zaledwie jedną godzinę, ale świadomość, że moja miłość do Jake’a jeszcze się nie wypaliła, była wciąż tak samo silna, nie dawała mi upragnionego spokoju. Ta świadomość, że kocham kogoś, kogo nie ma w pobliżu mnie, kogoś, kto przez długi czas odwzajemniał to uczucie a skreślił je w ciągu jednej minuty, była zbyt przytłaczająca, zbyt paraliżująca, bym mogła tak po prostu zacząć od nowa z czystą kartą. Kiedy miłość rządzi ludzkim umysłem, nic nie jest jasne i proste. Wszędzie są schody, ścieżki, spośród których wciąż trzeba wybierać, a nic nie daje gwarancji, że podjęta decyzja będzie tą właściwą. Trzeba próbować i iść na przód. Wszystko jednak staje się dwa razy trudniejsze, gdy kolejnego wyboru nie dokonujemy już wspólnie. Nagle cały ciężar spada na jedno serce, które już i tak złamane, zmuszone jest by nieść jeszcze więcej niż dotąd. I choć wszyscy mówią, by zapomnieć, bo on nie był tego wart, wcale nie jest to wykonalne. I z pewnością nie jest w stanie pojąć tego nikt, kto choć raz nie został zranionym. Nienawiść i miłość walczące w jednym sercu – to właśnie ten dramat, który nie pozwala przejść obojętnie obok całego zdarzenia. Jesteśmy zmuszeni do walki. Kwestia tylko, czy mamy w sobie na tyle siły, by dać sobie z tym wszystkim radę?
Ja wciąż nie znam jeszcze odpowiedzi. Ale kto wie, może ta odpowiedź jest gdzieś blisko i wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć?
Zasnęłam wtulając się w wielkiego misia, którego Jake podarował mi z okazji 25. urodzin. Nie kontrolowałam czasu. Miałam wrażenie, jakbym znajdowała się w innej przestrzeni.
I właśnie to stało się powodem mojego teraźniejszego pośpiechu do pracy. Jestem pewna, że szef będzie wściekły. Nie dość, że już mam u niego na pieńku, tym sposobem jeszcze pogarszam swoją sytuację. Chyba jest ze mną coraz gorzej. Przecież minął już cały rok! Na co więc jeszcze czekam? Że wróci niczym książę z bajki na białym rumaku przepraszając z całego serca i znów będziemy razem?
Jak wspaniale byłoby znaleźć się w bajce, która zawsze ma szczęśliwe zakończenie.
- Lizzy! Gdzie Ty się do cholery jasnej podziewasz?! – ledwo weszłam do biura, potykając się o własne nogi, już usłyszałam nad wyraz miłe słowa skierowane w moją stronę, z ust Meg.
- Wiem, wiem spóźniłam się. – zaczęłam tłumaczyć z roztargnieniem siadając przy swoim biurku. - Ale tym razem to naprawdę wyjątkowa sytuacja. – dodałam poprawiając rozwiane przez wiatr włosy, które przy każdej możliwej okazji dawały o sobie znać niestety nie z tej pozytywnej strony.
- Szef Cię szukał. I nie miał zadowolonej miny. Próbowałam się do Ciebie dodzwonić, ale chyba miałaś wyłączony telefon. – powiedziała nieco ciszej Meg. Odruchowo sięgnęłam do torebki, by znaleźć tę cudowną motorolę, która kolejny raz mnie zawiodła. Wyładowana bateria. Już nawet przedmioty codziennego użytku chcą mnie doprowadzić do grobu.
- Mówił coś konkretnego? – zapytałam spoglądając na wiszący na ścianie zegar i jęknęłam. Godzina spóźnienia. Bywało gorzej.
- Nie. Pytał tylko, czy jesteś. I wspominał coś o jakiejś przeterminowanej książce.
- Niech to szlag. Jeszcze jej nie przetłumaczyłam, co ja mam teraz... – nie zdążyłam nawet dokończyć mojego pytania, gdy zobaczyłam jak zza szklanych drzwi wyłania się wysoki, elegancki mężczyzna, o ciemnych włosach gdzieniegdzie poprzeplatanych siwizną. Zwykle był sympatyczny, ale dziś jego mina z pewnością nie wyrażała zadowolenia. Modliłam się w duchu, by mnie nie zauważył, a co gorsza nie wezwał do swojego gabinetu. Ledwie jednak schyliłam głowę, by choć udawać, że jestem zajęta pracą, usłyszałam jego, jak zawsze, spokojny głos. Czasami miałam wrażenie, że ten człowiek jest po prostu wyprany z wszelkich emocji. A może tylko tak pozował?
- Pani Watson, proszę zjawić się u mnie w gabinecie za 5 minut. – odwróciłam głowę w jego stronę, by coś odpowiedzieć, ale on już znikł z pola mojego widzenia. Popatrzyłam załamanym wzrokiem na Meg, jakby w nadziei, że zaraz powie ‘Spokojnie Liz, to tylko żart’, ale ona również nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Chyba za bardzo poddaję się własnym nadziejom, które z gruntu skazane są na niepowodzenie.
- Będzie dobrze, Lizzy. Tylko nie panikuj. – powiedziała posyłając mi uśmiech, prawdopodobnie po to, by dodać mi otuchy. Jednak ja wcale nie poczułam się przez to lepiej. Ruszyłam powoli w stronę drzwi, na których widniało nazwisko George Weber, po drodze jeszcze nerwowo poprawiając zwiewną, zieloną spódnicę. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Zwykle, gdy coś przeskrobałam, mówił mi to wprost przechodząc obok mojego biurka. A tym razem, dziwnym trafem, postanowił porozmawiać ze mną sam na sam. Usiadłam w czarnym, skórzanym fotelu i dokładnie oglądając wyposażenie jego gabinetu zastanawiałam się, czy zrobiłam może coś, co mogło zirytować go bardziej niż zwykle, a o czym po prostu zapomniałam. Nic konkretnego jednak nie przychodziło mi do głowy. Mówi się trudno.
Jak na komendę od razu wstałam, gdy tylko Weber wszedł do pomieszczenia. Zmierzył mnie swym surowym, krytykanckim wzrokiem, po czym poprosił bym usiadła. Czułam, że robi mi się coraz cieplej, a twarz oblewa się rumieńcem. W sytuacjach stresowych to u mnie jak najbardziej normalne. I szczerze tego nienawidzę.
- Pani Watson... Pani kwalifikacje są naprawdę imponujące. Magistrat filologii niemieckiej, certyfikaty z hiszpańskiego, włoskiego i kilku jeszcze innych języków. To stawia panią w całkiem przyzwoitym świetle. Jednak zdaje sobie pani sprawę, że to w żadnym wypadku nie czyni pani wzorowym pracownikiem? – spojrzałam na niego niepewnym wzrokiem. Czego on, do cholery, może ode mnie chcieć?
- Tak, wiem. – odparłam starając się zachować kamienną twarz.
- A nawet powiedziałbym, że jako pracownik zachowuje się pani nagannie i niestosownie. Mam wrażenie, że nigdy nie słyszała pani o takim pojęciu, jak dyscyplina. – ciągnął dalej ignorując moją odpowiedź. – Zanim jednak powiem to, co jest powodem pani pobytu tutaj, chcę żeby była pani świadoma kilku ważnych rzeczy. – to mówiąc podniósł swój wzrok znad swoich okularów, by dokładniej się mi przyjrzeć. Miałam wrażenie, że swoim spojrzeniem za chwilę przywierci mnie do fotelu. – Długo już zastanawiałem się nad podjęciem takiej, a nie innej decyzji. Cały czas odkładałem to na później. Być może miałem nadzieję, że wreszcie przekona mnie pani, co do niesłuszności swojej opinii, ale niestety nic w tym kierunku pani nie zrobiła. – zaskoczył mnie. A może raczej zaszokował. Jak idiotka patrzyłam na niego, nie mając pojęcia o czym do mnie mówi. On jednak, siedząc wygodnie w swoim fotelu z łokciami opartymi o blat biurka, sprawiał wrażenie, jakby dopiero co ćwiczył swoją przemowę przed ważnym wystąpieniem. – I dziś znów spóźniła się pani do pracy. Wiem, że ma pani problemy prywatne, ale to nie zwalnia z przestrzegania regulaminu pracownika. Naprawdę doceniam pani umiejętności i trudno mi to powiedzieć, ale muszę. – znów spojrzał na mnie tym rentgenowskim wzrokiem. Miałam wrażenie, że widziałam w nich żal. Czy to możliwe? – Jest pani zwolniona. Tutaj jest wypowiedzenie. – nie poruszyłam się. Wpatrywałam się w niego jak osłupiała próbując uwierzyć, w to co przed chwilą powiedział. Nie. Przecież to niemożliwe.
- Ale szefie, ja obiecuję, ja już nigdy nie spóźnię się do pracy i do końca tego tygodnia oddam...
- Nie, pani Watson.- zaprotestował stanowczo. - Wyraziłem już swoją opinię. Przykro mi. Naprawdę żałuję, że tracę tak dobrego pracownika. Ale muszę być sprawiedliwym wobec każdego z was. Zaś pozostawianie pani tutaj bez żadnych konsekwencji byłoby nie w porządku wobec pozostałych pracowników.
- Tak, rozumiem. W takim razie do widzenia. – odparłam drżącym głosem zabierając niezdarnie dokumenty z jego biurka i wyszłam z gabinetu trzymając kurczowo swoje zwolnienie. Nawet nie mogłam na niego nawrzeszczeć. Jeszcze chyba nigdy nie słyszałam o człowieku, który w ten sposób pozbywałby się swoich pracowników. Szczerze powiedziawszy wolałabym, gdyby wyzwał mnie od ostatnich idiotek, lub włożył w swoją mowę choć odrobinę jakiegokolwiek uczucia. Wtedy z pewnością byłoby mi łatwiej stąd wyjść.
Próbując ukryć swoją twarz pod ciemnymi włosami chwyciłam żółtą torebkę i jak najszybciej potrafiłam opuściłam to pomieszczenie. Słyszałam za sobą kroki Meg i coś czułam, że i tak nie wymigam się od wyjaśnień.
- Zwolnił mnie. Jutro wrócę po swoje rzeczy. – stwierdziłam zanim ta zdążyła otworzyć usta.
- Ale...
- Meg, proszę Cię... Chcę być sama. Do zobaczenia. – odparłam i ruszyłam przed siebie zostawiając zszokowaną blondynkę na środku ulicy.

Maj. Jak ja nienawidzę tego miesiąca. Zawsze przynosi mi same złe wieści. Straciłam jedyną rzecz, która jako tako przytrzymywała mnie przy cywilizowanym życiu. Nie wiem za co będę się dalej utrzymywać. Jeszcze nie mam pomysłu. Jak na razie preferuję bezczynne siedzenie na soczyście zielonej trawie w jednym z tych mniej znanych montrealskich parków. Tu przynajmniej mam pewność, że nikt mnie nie zaczepi. Bo chyba tego teraz najbardziej potrzebuję – spokoju. Spokoju, którego już tak dawno nie miałam okazji poczuć.
Co ja robię z własnym życiem? Przez ostatni rok nie zrobiłam nic pożytecznego. Próbowałam się jakoś pozbierać po odejściu Jake’a. I wydawało mi się, że to zadanie chyba się powiodło. A jednak nie. Bo nie potrafię przestać o nim myśleć. A jeśli już jakimś cudem się to uda, nagle niechcący spojrzę na złoty pierścionek mojego serdecznego palca i znów znajduję się w punkcie wyjścia. Czyżbym naprawdę była osobą o tak słabej psychice? A być może życie po prostu nie jest dla mnie. Kto wie, czy nie lepiej byłoby zniknąć tak ot z tego świata.
Co ja wygaduję... Naprawdę z dnia na dzień jest ze mną coraz gorzej.

Po godzinnym wylegiwaniu się w słońcu postanowiłam w końcu wstać i zrobić cokolwiek. Czasem nawet bezczynność może człowieka zabić. Nie miałam pojęcia, która była godzina. Kompletnie nie orientowałam się w czasie, co ostatnio często mi się przytrafiało. Powoli przechadzałam się ulicami Montrealu skąpanymi w słonecznym świetle, co jakiś czas wchodząc do mijanego sklepu, by kupić coś na polepszenie nastroju. Potem dziwnym trafem znalazłam się w jednej z najlepszych cukierni i pijąc waniliowe cappuccino z olbrzymią ilością śmietany obserwowałam tłum sunący przed siebie, myślami będąc znów daleko od rzeczywistości.
Wróciłam do domu, ale poczułam się jeszcze gorzej. W salonie leżały wciąż porozrzucane zdjęcia i wszystko to, co tylko przywoływało mi na myśl Jake’a. A w sypialni niedokończone tłumaczenie książki, którą już mogłam sobie darować. Położyłam zakupy na stole w kuchni, po czym wyszłam trzaskając za sobą drzwiami. Nie mogłam dłużej zostać w tym mieszkaniu. Nie mogłam się już dłużej zadręczać. Byłam coraz słabsza.

“ Simple thing, where have you gone?
I’m getting old and I need something to rely on…
I’m getting tired and I need somewhere to begin.”

komentarze [9]

1. Uciekaj moje serce >> poniedziałek, 6 kwietnia 2009 23:39:30

„ Nieprawda, że tak miało być,
że warto w byle pustkę iść....
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć.”

Kończę już czwartego drinka tego wieczoru z przekonaniem, że faceci to najgorsze, co mogło spotkać kobiety. Banalne - wiem. Ale cóż poradzić, kiedy narzeczony, z którym związana od dobrych pięciu lat, planujesz ślub i szczęśliwe życie u jego boku, nagle, nie wiedzieć skąd, oświadcza, że oboje popełniliśmy jakiś błąd, że nie jest gotowy i potrzebuje oddechu. Tak - dosłownie to usłyszałam od mojego ex-narzeczonego dokładnie rok temu. Jak głupia łudziłam się, że wróci, powie przepraszam i wszystko będzie dobrze. Ale właśnie dziś, kiedy wypadałaby nasza 6. rocznica, straciłam już wszelką nadzieję. Nie zadzwonił. Nie przyszedł, by powiedzieć wprost, ze to koniec. Niczym tchórz wziął nogi zapas i zwyczajnie uciekł zostawiając mnie z tysiącem pytań pozostawionych bez odpowiedzi.
Życie czasem potrafi zaleźć za skórę w najmniej odpowiednim momencie. Mogłabym się spodziewać wszystkiego, ale nie jego odejścia. Bynajmniej tak mi się wydawało. Obiecywał każdego wieczoru, że będziemy mieć trójkę dzieci, zamieszkamy w dużym domu i będziemy żyć długo i szczęśliwie. I choć doskonale wiem, iż brzmi to jak tani kicz sprzedawany w podrzędnych brukowcach, wierzyłam mu. Wierzyłam w każde słowo, które wypowiedział. W każdą obietnicę. Bezgranicznie mu zaufałam. Ale po pięciu latach związku, chyba mogłam oczekiwać czegoś więcej?! Ludzie pobierają się nawet po kilku miesiącach znajomości, cóż więc nadzwyczajnego, że oczekiwałam tego po kilku latach stałego związku? Podobno miłość jest niezniszczalna. Wierzyłam w to, przyznam szczerze, dopóki słowa Jake’a nie zakłóciły tego idealnego ładu w moim życiu. Byłam szczęśliwą kobietą, ze wspaniałym mężczyzną u boku i planami na nasze wspólne życie, a teraz? A teraz jestem samotną, beznadziejną, żałosną i nieszczęśliwą starą panną (chyba mogę się tak określić mając 28 lat?), która nie wierzy już w żadne wyższe wartości, a wieczory spędza łudząc się, że następnego dnia ON pojawi się w drzwiach mojego mieszkania.
Pieprzony Montreal, pieprzona miłość, pieprzone wszystko. Ale koniec z tym. Nie mogę w nieskończoność marnować swojego życia na żywienie nadziei, że on jeszcze wróci. Od dziś to już zamknięty rozdział mojego życia. Żal mi tylko tych pięciu lat, w które włożyłam siebie, jak okazało się na marne. Nigdy nie miałam zwyczaju topienia smutków w alkoholu, ale ten jeden jedyny raz, muszę spróbować i tego. Nie obchodzi mnie, że dziwnie wyglądam siedząc tak przy barze z zamglonym wzrokiem, sama nie wiem czy to od łez czy od alkoholu, wlepionym w nieokreśloną przestrzeń przede mną, z papierosem w dłoni. Cokolwiek ktoś o mnie pomyśli, nie obchodzi mnie to. Chcę zapomnieć chociaż na chwilę, na jedną krótką chwilę, w której przestanę się zadręczać i obwiniać o wszystko. Nawet w życiu zawodowym idzie mi całkowicie najgorzej. Nie, nie przejęzyczyłam się. Najgorzej. Szef czepia się, że jedna książka miała już być przetłumaczona tydzień temu i żeby było śmieszniej dołożył mi jeszcze kilka artykułów. A ja nie jestem w stanie nic zrobić. Mam wrażenie, jakbym balansowała na skraju przepaści i niezależnie w którą stronę mnie przechyli i tak runę w dół i tak. Więc po co się wysilać?
- Masz coś mocniejszego Patrick? – zapytałam po chwili barmana, którego zdążyłam już dobrze poznać. Oczywiście nie dlatego, że tak bardzo lubiłam się schlać. Nie ze mną te numery. Po prostu lubiłam tu przychodzić zrelaksować się po ciężkim tygodniu. Obserwacja ludzi bardzo różnego pokroju może czasem przynieść wiele rozrywki. I choć na chwilę oderwać myśli od jednego podmiotu.
- Lizzy, sądzisz, że to coś da?
- Tylko ten jeden raz. Chcę zapomnieć, chociaż na chwilę. Wiesz, że zwykle nie popełniam głupstw...
- Jak chcesz wrócić do domu? – zapytał nie dając za wygraną. Chyba już za dobrze mnie znał.
- Nie chcę tam wracać. – jęknęłam ocierając dłonią policzek, bo doznałam dziwnego wrażenia, iż był mokry.
- Już zaczynasz bredzić. – stwierdził nalewając do szklanki jednego z mocniejszych trunków jakie posiadał. – Odwiozę Cię. – dodał po chwili stawiając przede mną magiczny napój. Na nic nie czekając wypiłam zawartość szklanki duszkiem, nie przejmując się palącym mnie gardłem. Wypiłam jeszcze jedną kolejkę i na tym zakończyłam swoją jednonocną przygodę alkoholową. Jestem żałosna - nie potrafię się nawet porządnie upić.

Obudziłam się z ogromnym bólem głowy, leżąc na czerwonej kanapie przykryta fioletowym, polarowym kocem. Od razu ruszyłam do kuchni po wodę i środki przeciwbólowe. I po co piłam wczoraj to... Nawet nie wiem co piłam. Mój błąd. Kolejny. Ale przecież każdy człowiek popełnia błędy. A ja, mam wrażenie, popełniam ich zdecydowanie za dużo. Nie potrafię czasem zrozumieć samej siebie. No bo czy inna kobieta przeżywałaby rozstanie z facetem, tak jak ja? Może i jestem nadwrażliwa, może trochę sentymentalna, a może po prostu miłość nie jest dla mnie? Przecież nigdy nie chciałam zostać starą panną. Zawsze marzyłam o długiej białej sukni, welonie i tym jedynym mężczyźnie u mego boku. I kiedy spotkałam Jake’a kilka lat temu zaczynałam wierzyć, że marzenia da się spełnić. Zaczęło się od jego problemów z niemieckim na studiach. Zawsze byłam dobra w językach, a że akurat miałam już ukończony kurs z niemieckiego, zgodziłam się mu pomóc. Potem zapraszał mnie kilka razy w tygodniu na kawę, spacer, do kina, tłumacząc wciąż, że musi się mi w ten sposób odwdzięczyć. I tak się zaczęło. Od krótkich spacerów do codziennych odwiedzin, a później i wspólnych nocy. Nie, nie kochaliśmy się. Powiedziałam, że jeszcze nie jestem gotowa, tylko po to, by sprawdzić, czy wart jest mojej uwagi. I zdał egzamin. Czekał tak długo, aż sama wszystko mu wyjaśniłam. I chyba od tamtej pory żyłam złudzeniem, że to ideał mężczyzny. Był naprawdę wspaniały. Przynosił mi kwiaty, potrafił nie iść na zajęcia, tylko dlatego, by opiekować się mną, kiedy leżałam w łóżku z gorączką. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień jestem w nim coraz bardziej zakochana. Potrafił wywołać uśmiech na mojej twarzy samą swoją obecnością. Był jak słońce w deszczowy dzień i z dnia na dzień upewniał mnie w świadomości, że jest tym jedynym. Chyba dlatego nawet się nie zawahałam, kiedy po czterech latach zaproponował mi małżeństwo. Czułam się najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Wkrótce potem kupiliśmy mieszkanie w jednej z dzielnic Montrealu i wydawałoby się, że wszystko toczyło się jak najlepszym torem. Ja znalazłam pracę jako tłumacz, on jako adwokat. Byliśmy już niemal jak idealne małżeństwo, któremu do pełni szczęścia brakowało tylko małych brzdąców biegających radośnie po mieszkaniu. Myślałam, że do nieba pozostał już tylko jeden krok. I niewiele się pomyliłam, prócz tego, że ten krok wcale nie prowadził do nieba... Jak mogłam być tak zaślepiona, by nie rozróżnić piekielnych bram od tych niebiańskich?
Szczerze powiedziawszy sama nie wiem do końca o co poszło. Nagle coś zaczęło się psuć. Jake coraz później przychodził z pracy, ja zaczęłam się go czepiać. Nie, nie podejrzewałam go o zdradę. Zresztą wiedziałam, że jest za porządny, by dopuścić się czegoś tak podłego. To do niego kompletnie nie pasowało. Jednak coś wciąż się psuło. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy, a jeśli już, to była to zwykła kłótnia o bzdety. Nagle, po tylu latach, nie potrafiliśmy dojść do porozumienia. Jakby coś tak po prostu pękło i zburzyło tę idealną równowagę w naszym związku. Czasami zastanawiam się jakim cudem wytrzymaliśmy ze sobą w tym chorym już związku przez prawie cały kolejny rok. Ja oczywiście jak głupia żyłam tą nadzieją, że pewnego ranka wszystko się nagle samo rozwiąże i znów będziemy żyć tak jak dawniej. Jak za dotknięciem magicznej różdżki. Ale ten dzień nie nadchodził. Czasami, gdy czułam, że nie mam już sił, siadałam bezradnie w fotelu i płakałam, gdy nikt nie widział. Jednak mimo wszystko nie przyjmowałam do świadomości, że powoli zbliża się koniec. Za długo to wszystko trwało, by tak nagle dobiegło końca. Ale do czasu. Był właśnie jeden z tych ciepłych, słonecznych majowych dni. Wracałam z pracy wolnym krokiem, by choć przez chwilę nacieszyć się tą wiosną, która już na dobre rozgościła się na ulicach Montrealu. Nie spieszyłam się do domu. Zresztą byłam pewna, że nawet nie mam do kogo. Dałabym sobie głowę uciąć, że Jake jeszcze pracował. Jakie jednak było moje zdumienie, kiedy wchodząc do mieszkania zauważyłam w przedpokoju jego buty i marynarkę. W głowie od razu zapaliła się czerwona lampka, że coś jest nie tak. I miałam rację. Zastałam go w sypialni pakującego swoje walizki. Z początku myślałam, że być może jedzie gdzieś w delegację (w końcu był chyba jednym z najbardziej odpowiedzialnych pracowników), ale kiedy zobaczyłam, jak opróżnia dokładnie każdą szafkę, zdałam sobie sprawę, że to coś o wiele poważniejszego.
- Wyprowadzasz się? – zapytałam drżącym głosem zaciskając odruchowo dłonie w pięści.
- Tak będzie lepiej.
- Dla kogo? – spojrzałam na niego zdumiona.
- Dla nas, dla Ciebie, dla...
- Myślisz, że ucieczka przed problemami nam pomoże? – przerwałam mu raptownie nie zwracając uwagi na swój drżący głos.
- Lizzy... Oboje potrzebujemy odpoczynku. Musimy to wszystko spokojnie przemyśleć...- tłumaczył się unikając mojego wzroku.
- Ale co tu jest do myślenia?! – wybuchłam nagle. Sama siebie nie poznawałam.
- Uspokój się kochanie. Potrzebuję oddechu. I Ty również. Dlatego, uwierz mi, tak będzie najlepiej. Widocznie popełniliśmy jakiś błąd. Coś poszło nie tak, ale obiecuję poradzimy sobie z tym.
- Jake? Czy to...koniec? – zapytałam po chwili łamiącym się głosem siadając ciężko w fotelu.
- Nie. Tylko dłuższa przerwa. – odparł patrząc na mnie pełnym bólu wzrokiem. Nie mogłam tego znieść. Nie potrafiłam patrzeć na jego spokojne ruchy, jakby to wszystko było dla niego codziennością. Nawet nie pamiętam już, kiedy skończył się pakować. Tak po prostu wyszedł z mieszkania musnąwszy uprzednio moje usta pocałunkiem i tyle go widziałam. A ja wciąż mam wrażenie, że to tylko sen, pieprzony koszmar, z którego kiedyś się obudzę. ‘Dłuższa przerwa’. Tak bardzo uwierzyłam mu w te słowa, że niemal wpadłam w obsesję. Ale przecież nie mogę czekać w nieskończoność. Nie mam pojęcia, co się z nim teraz dzieje. Nie wiem, gdzie mieszka, gdzie pracuje. Przez cały ten rok nie odezwał się ani razu. Tak wiele czasu zmarnowałam na bezczynnym wpatrywaniu się w słuchawkę swojego telefonu z nadzieją, że zadzwoni. Nadzieja, która przytrzymywała mnie przy życiu, paradoksalnie doprowadzała mój umysł do szaleństwa. Nie byłam w stanie nad tym zapanować. Najpierw otaczał mnie chaos i gdy już myślałam, że nie ma nic gorszego, nagle, z siłą pocisku karabinu maszynowego, uderzyła we mnie ta okropna, bezdenna pustka, która wyprała moją duszę z wszystkiego. Po żalu, rozpaczy, bólu, goryczy nie pozostało nic prócz tej dziwnej pustki.
To nieprawda, że ból jest najgorszy. Człowiek jest silny. Potrafi znieść tak wiele, choć wydaje się to niewykonalne. Jednak, gdy dopadnie go pustka... To gorsze od najbardziej bolesnego cierpienia, od najgłębszej rany. Kiedy życie przestaje być życiem, nawet śmierć wydaje się być daremną. Ta bezsilność, ten strach... To zabija duszę nawet najsilniejszego człowieka.
Czekałam tak długo, a on nie dał żadnego znaku życia. Nic. Prawie tak jakby nagle ktoś wymazał go z tego świata. Jakby wymazano cząstkę mnie...

Pomimo tego, wciąż cieszę się jednak, że zostały osoby, dla których nie stanowiłam jedynie kupy niepotrzebnego złomu. Choć w ówczesnym stanie nie miałam ochoty nawet na grzeczną wymianę zdań z sąsiadem, nie zostałam sama. Nigdy przedtem nie sądziłam, że ktokolwiek z moich znajomych, z którymi mój kontakt ograniczał się do zwykłych rozmów w godzinach pracy, byłby w stanie pomóc mi w takich chwilach. A jednak, ku memu zaskoczeniu, ani Meg, ani Matthew nie zamierzali mnie pozostawić na pastwę losu. Nie było dnia, który pozwoliliby mi spędzić w samotności. Postanowili się mną zatroszczyć, nie oczekując niczego w zamian. Tak wiele im zawdzięczam...
Czasem chyba warto zasmakować cierpienia, by uświadomić sobie, że nawet w tych najgorszych, najbardziej samotnych chwilach, wciąż mamy dokąd iść. Mimo wszystko istnieją ludzie, którzy nie pozwolą na śmierć naszej duszy.
Przyjaciele...


„Nie mam dosyć odwagi, aby przed złem życia
w śmierci szukać zbawienia
i wiecznego ukrycia,
ani wiem, czy śmierć kresem ludzkiego istnienia
jest wieczystym?”
_______

Pierwszy rozdział. Wiem, że nie jest powalający, ale chciałam najpierw przedstawić sytuację bohaterki.
Nie podoba mi się za bardzo ten początek, ale już nie mam siły po raz setny go zmieniać.
Mam nadzieję, że nie jest bardzo źle.
komentarze [6]

Nowy początek >> poniedziałek, 23 marca 2009 23:32:23
Listopad, grudzień, styczeń, luty i prawie cały marzec. Długo nie dawałam znaku życia i przyznam szczerze, że zastanawiałam się nad likwidacją bloga. Pomyślałam, że i tak nie mam na to czasu, a poza tym mylog...
No ale mylog powstał na nogi. Wstukuję pewnego pięknego dnia w okienko adres www.mylog.pl oczekując informacji w stylu "przepraszamy, serwis niedostępny", gdy nagle przede mną otwiera się całkiem nowa strona, tym razem już nie komunikująca niczego, co doprowadza człowieka do białej gorączki.
Mam nadzieję, że już nigdy więcej nie zastaną mnie informacje typu przerwa techniczna.
Przyznam szczerze, że czuję się tu teraz nieco zagubiona, nie rozumiem pewnych rzeczy, ale skoro tak musi być... To niech będzie.
No ale przejdźmy do rzeczy.
Nowe opowiadanie... Cóż, miało pojawić się już nieco wcześniej, ale z różnych powodów jeszcze go tu nie ma. I chociaż czas mi raczej nie sprzyja, myślę, że za niedługo jednak pojawi się tu coś nowego. Nie mogę dokładnie określić daty, ale zobaczymy co da się zrobić;)
A tymczasem znikam:)
komentarze [4]

#19: At the edge of the ocean we can start over again... >> poniedziałek, 17 listopada 2008 23:19:22

Przepraszam za swoją długą nieobecność. Ostatnimi czasy nie miałam głowy do pisania, ale wreszcie udało mi się coś wykrzesać;) Nie jestem tym tak do końca usatysfakcjonowana, aczkolwiek mam nadzieję, iż nie jest aż tak źle:)
Tak, tym razem to już ostatnia część. Koniec. Finito. Das Ende. Finish.
A skoro historia Roxy dobiegła już końca, to powinno pojawić się chyba coś nowego. I się pojawi. Zaczęłam pisać już dawno, potem miałam przerwę a ostatnio znowu doznałam natchnienia i znów wszystko wraca do normy:)
Więc jeśli tylko moi drodzy czytelnicy (a może raczej czytelniczki) jeszcze nie mają dosyć moich bazgrołów, czy jakkolwiek nazwać to, co piszę, to... No właśnie to co?
Whatever.
Z dedykacją dla pani z wait-for-me:)
_________

- Jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał nawet się z nią nie witając. Zatrzymała się raptownie i spojrzała niepewnie w jego oczy.
- Tak. – odparła po chwili próbując powstrzymać napływające do jej oczu łzy. – Zdecydowanie tak.
- Roxanne... – usłyszała za sobą głos swojego adwokata. – Musimy już wejść na salę.
- Już idę. – odpowiedziała wpatrując się wciąż w jego orzechowe, przepełnione bólem oczy. I znikła.

Przez cały czas trwania rozprawy nie potrafił skupić swoich myśli. Bez przerwy patrzył na jej delikatne rysy twarzy zastanawiając się, jak mógł do tego dopuścić. Miał ochotę wstać, chwycić jej dłoń i razem z nią wyjść z tego ponurego miejsca. Tęsknił za jej zapachem, jej ciepłym głosem, dotykiem jej skóry. A fakt, że już nigdy nie będzie mógł jej przytulić przyprawiał go o dreszcze przerażenia. Bezsilność doprowadzała go do szału. I jedyne, co mu pozostało, to pogodzić się z rzeczywistością. Ale nie mógł tego tak zostawić. Wiedział, że musi coś zrobić

- Roxy, porozmawiajmy. – zagadnął ją, gdy tylko opuścili gmach sądu.
- Nie mamy o czym, Pierre. – odparła szczelnie owijając szyję zielonym szalikiem.
- Wręcz przeciwnie. Powinniśmy jeszcze wiele przedyskutować. – zauważył cały czas dotrzymując jej kroku.
- Chyba wyraziłam się jasno – nie mamy o czym rozmawiać. – powtórzyła z naciskiem i przyspieszyła wymijając przechodniów.
- Dlaczego wciąż uciekasz od problemów? Myślisz, że to coś da? – nie poddawał się Pierre.
- Problemem było nasze małżeństwo i jak widzisz staram się tego problemu pozbyć. – odparła nawet na niego nie patrząc.
- Mnie nie oszukasz, Roxy. Nie wiem, co się stało, ale nie pozwolę, by jakaś błahostka tak po prostu przekreśliła nas.
- Pierre, co ty pieprzysz do cholery? – zapytała zirytowana zatrzymując się nagle. – Nie potrafisz zrozumieć prostych słów? Daj mi wreszcie spokój i nie utrudniaj całej sprawy. – stwierdziła stanowczo i ruszyła zostawiając bruneta za sobą.
- W porządku. – usłyszała po chwili jego głos i spojrzała na niego groźnym wzrokiem. – Obiecuję, że dam Ci spokój jeśli tylko ten ostatni raz poświęcisz chwilę na rozmowę ze mną. – spojrzała na niego morderczym wzrokiem, po czym westchnęła ciężko i niechętnie odparła półgłosem:
- Umowa stoi. Tylko się streszczaj.

Wylądowali w jednej z kawiarni zajmując stolik w rogu. Oboje zamówili gorącą czekoladę, po czym nastała niezręczna cisza. Roxy rozglądała się niepewnym wzrokiem po obecnych gościach, zaś Pierre mieszając bezwiednie łyżeczką w swoim kubku zastanawiał się, od czego powinien zacząć. Kiedy po kilku minutach siedzenie w ciszy stawało się coraz bardziej męczące, odezwała się w końcu Roxanne:
- Masz jeszcze 3 minuty. – stwierdziła stanowczym głosem – A potem wychodzę.
Spojrzał na nią zmieszanym wzrokiem zastanawiając się jakie słowa byłyby w tym momencie najbardziej odpowiednimi. Przecież nie mógł przyznać, że tak naprawdę zaprosił ją tutaj tylko po to, by choć jeszcze przez chwilę spędzić z nią czas, który tak szybko mijał. Skierował swój wzrok na niewielką tarczę zegara umieszczoną na ścianie naprzeciwko ich stolika i przez chwilę obserwował przesuwające się bezustannie wskazówki.
- Widzę, że dobrze się bawisz. Skoro tak bardzo zależało Ci na tym, by jeszcze bardziej mnie wkurzyć, to gratuluję – udało Ci się. – usłyszał jej wyrażający niezadowolenie głos i wlepił w nią zawiedziony wzrok. Obserwował jak zakładała swój ciemnoszary płaszcz, a potem nerwowo próbowała zapiąć zamek, który w końcu utknął w połowie zahaczając o nitkę wystającą z szalika. Mruczała pod nosem niecenzuralne słowa, kiedy nagle poczuła jego dłonie na swoich.
- Trochę delikatniej, Roxy. – powiedział uśmiechając się do niej, po czym powoli przesunął zamek ku górze. Jej twarz była tym razem zaledwie kilka milimetrów od niego. Przez swój niski wzrost wydawała się być taką kruchą istotą, choć mimo wszystko jeszcze nigdy nie spotkał tak nieprzewidywalnej i energicznej kobiety jak ona. Tęsknił, mimo iż była w zasięgu jego ręki. Tęsknił za tymi wieczorami, kiedy oglądając filmy zasypiali razem na kanapie, tęsknił za jej uśmiechem, który mógł podziwiać każdego ranka, tęsknił za jej zapachem, za wspólnymi zabawami z Lily, za tymi jesiennymi spacerami i wspólnym piciem kawy. Marzył o tym, by cofnąć czas, by znów znaleźć się w tym idealnym stanie, kiedy wydawało się, że to już na zawsze... A tymczasem patrzył w jej zielone, smutne oczy próbując zapamiętać te wszystkie chwile już na zawsze. Musnął delikatnie jej usta będąc przygotowanym na najbardziej niebezpieczną z jej strony reakcję. Ale ona nie uciekła. Nie uderzyła go w twarz, nie kopnęła w czułe miejsce i nie wyklęła. Wplotła dłonie w jego ciemne włosy i zamykając oczy coraz namiętniej oddawała jego pocałunki. A chwilę potem wyszła bez słowa.
Nie próbował jej gonić, bo wiedział, że to bezsensu. Obserwował jak znika za drzwiami kawiarni, by po chwili znów usiąść i beznamiętnie wpatrywać się w zegar.
‘Koniec’, pomyślał ze smutkiem wspominając ten ostatni, słodki pocałunek.

Biegnąc przez ulicę ile sił w nogach, nawet nie zastanawiała się po co to robi. Czyżby próbowała uciec przed własnym życiem? A może przed miłością?
Nie wiedziała, co zrobić. Otarła łzę spływającą po jej policzku, wzięła kilka głębokich wdechów, po czym zatrzymała pierwszą lepszą taksówkę. Wróciła do domu, by zapomnieć o wszystkim i wrócić do ‘normalnego’ życia. Nie odpowiadała na pytania matki, która zatroskanym wzrokiem obserwowała swoją córkę. Zaszyła się we własnym pokoju wraz z Lily i obserwując, jak bawi się swoimi pluszakami, starała się uspokoić swój oddech. Nie potrafiła się nawet uśmiechnąć. Pragnęła, by czas szybciej mijał, by to wszystko mogła już mieć za sobą, by znów potrafiła normalnie funkcjonować i zwyczajnie rozmawiać. Miała już dość tych nieprzespanych nocy, tych ciągłych rozmyślań, czy aby na pewno dobrze postępuje. Nie chciała słuchać niczyich rad. Chciała po prostu mieć spokój.
Z zamyślenia wyrwało ją rozlegające się w jej pokoju natarczywe pukanie do drzwi, które po chwili się uchyliły i ujrzała głowę swojej matki.
- Roxanne... Mogłabyś wreszcie przestać zachowywać się jak dziecko i powiedzieć mi, co się dzieje?
- Nie. – odparła stanowczym głosem, po czym ignorując swoją rodzicielkę wyciągnęła z półki pierwszą lepszą książkę i udając zainteresowanie jej fabułą nie zwracała uwagi na jej obecność w pokoju.
- Wiem, co czujesz... – powiedziała Julie siadając obok Roxanne. – Rozwód nie jest przyjemną sprawą.
- Nie masz pojęcia, co mogę teraz czuć! – przerwała jej blondynka zamykając gwałtownie książkę. – Jeszcze 3 lata temu byłam zwyczajną dziewczyną, a teraz mam dziecko, rozwód i od kilku miesięcy się nie wysypiam! Mam dopiero 27 lat, a czuję się o 20 lat starsza. Nie potrafię racjonalnie myśleć, pisanie artykułów nie przychodzi mi już z taką łatwością, jak kiedyś, a pierwszą myślą, która atakuje mnie każdego ranka jest pytanie: „Czy kiedykolwiek jeszcze obudzę się z tego koszmarnego snu?!” – spojrzała na matkę rozgoryczonym wzrokiem, po czym ukryła twarz w dłoniach. – Czy zawsze będzie już tak samo? – dodała półszeptem wpatrując się w podłogę.
- Roxy...- Julie przybliżyła się w stronę blondynki i delikatnie ją objęła . – Życie nie zawsze jest takie proste, jakby się nam wydawało. Podejmujemy decyzje, popełniamy błędy, odnosimy sukcesy i porażki. Upadamy i podnosimy się. Problem tylko w tym, czy aby każdy nasz kolejny krok jest tym właściwym. Skup się na tym, co najbardziej komplikuje Twoje życie. Musisz być pewna każdego kroku, każdej podejmowanej przez siebie decyzji. A potem stopniowo wszystko znów zacznie wracać do normy. – pogładziła jej jasne włosy, po czym zabierając ze sobą Lily, zostawiła Roxanne w pokoju sam na sam z swoimi myślami.

Nieustannie walczyła z sobą. Powoli od początku analizowała każdy swój krok. Choć przez chwilę znów była całkowicie sama we własnym pokoju. Wreszcie mogła spokojnie odetchnąć. Przyjrzeć się starym książkom, które niegdyś czytała, rysunkom schowanym głęboko w biurku, przesłuchać kilka ulubionych piosenek z czasów, gdy była jeszcze szaloną nastolatką. Pragnęła by ta sielanka ponownie zawitała w jej życiu. By znów jej jedynym zmartwieniem była myśl, jaki tym razem powód wymyślić, by znów nie ćwiczyć na wf-ie.
Czy chciała mieć rodzinę?
Czy chciała budzić się każdego ranka w ramionach tego jedynego mężczyzny?
Jedyne, czego była pewna, to kolejnej rozprawy, która miała odbyć się już za tydzień.

- Roxy! Ziemia do Roxanne! – Jannette wymachiwała intensywnie rękoma przed oczyma przyjaciółki, która od kilku minut bezczynnie siedziała wpatrując się w jeden punkt na monitorze, a słowa o lunchu zdawały się w ogóle nie dochodzić jej uszu.
- Idę na lunch. I nie zamierzam dłużej na Ciebie czekać. – stwierdziła zniecierpliwiona brunetka, po czym skierowała się do wyjścia zabierając po drodze płaszcz z wieszaka.
- Zaczekaj. – usłyszała cichy głos przyjaciółki. – Pójdę z Tobą.
- Miło, że ostatecznie postanowiłaś mnie nie zignorować. – stwierdziła naburmuszona, na co Roxanne przewróciła teatralnie oczyma, po czym założyła swój płaszcz i ruszyła za Jane.
Mijając przechodniów czuła się przytłoczona całą tą szarością, która ją otaczała. Nie mogła uwierzyć, że sama w końcu poddała się tej okropnej fali, którą niegdyś tak bardzo potępiała. Podążała przed siebie nie odzywając się do Jane, która z troską przyglądała się blondynce. Szukała tego dawnego uśmiechu, który nigdy nie schodził z jej twarzy, tych radosnych iskierek, które zawsze gościły w jej zielonych oczach i choć cienia koloru, których zwykła mieć na sobie tak wiele. Lecz teraz tego już nie było. Zamiast uśmiechu jej spierzchnięte usta wykrzywione były raczej w grymasie niezadowolenia, zaś oczy pełne dziwnego, niespotykanego dotąd smutku, okryte jakby mgłą zamyślenia zdawały się patrzeć na inną rzeczywistość.
Weszły do jednej z kawiarni, którą odwiedzały zwykle w porze lunchu. Jane tradycyjnie zamówiła swoją ulubioną kremówkę i latte machiatto, a Roxanne silną espresso, co ostatnimi czasy stawało się jej nawykiem żywieniowym. Nie miała już ochoty na owocowe galaretki, kremówki, fantazje owocowe, czy inne smakołyki, których nigdy wcześniej by sobie nie odmówiła. Poprzestawała na kawie, którą wolno sączyła obserwując beznamiętnie przez szybę tłum pędzący brudnymi ulicami.
- Jeśli tak dalej pójdzie, to wylądujesz na skórzanej kanapie na terapii u jednego z psychiatrów. – stwierdziła Jannette kończąc już swoją kremówkę i wpatrując się w blondynkę.
- Naprawdę aż tak źle ze mną? – zapytała odrywając wzrok od szyby. Przeszywający ją jak rentgen wzrok przyjaciółki mówił już wszystko.
- Ile jeszcze godzin spędzisz na sali sądowej?
- Zostały 3 rozprawy. A potem jestem wolna. – odparła wbijając wzrok w pustą już filiżankę, którą wciąż trzymała w dłoni.
- Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale... Roxy znam Cię już długo i widzę, że to nie to, czego pragniesz.
- Ale to jest dla mnie najlepsze. – stwierdziła stanowczo Roxanne.
- Dlaczego? Bo tak ktoś Ci poradził? A może ktoś powiedział, że w ten sposób będziesz szczęśliwszą? Otóż nie, moja droga. Powinnaś wiedzieć, czego chcesz i do tego dążyć. Wiem, że Twoje życie ostatnimi czasy nie przypomina sielanki, wiem, że straciłaś bliską Ci osobę i z pewnością nie jest Ci łatwo – ale przestań się w końcu nad sobą użalać i zacznij działać. Stoisz w miejscu i pozwalasz wszystkim robić ze sobą, co tylko im się podoba. To do Ciebie nie podobne. Więc weź się w garść Roxy. Poproś o dzień wolnego, przejdź się na spacer, weź gorącą kąpiel, zrelaksuj się i przemyśl to jeszcze raz nie pomijając w tym wszystkim swojej osoby i nie poddawaj się. Czy wyraziłam się jasno pani... BOUVIER? – spojrzała znaczącym wzrokiem na blondynkę, która zdawała się być nieco zaskoczoną. Uśmiechnęła się do niej, po czym wstała i zanim ta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć podała jej płaszcz i powiedziała:
- A teraz wracamy.

Zdecydowanie za często zapominamy, jak wielki wpływ może mieć na nasze życie najlepszy przyjaciel. Czy kiedykolwiek ktoś tak naprawdę docenił jego znaczenie? Gdyby nie przyjaciele, zapewne wiele wydarzeń w naszym życiu, wiele decyzji, dróg, które wybraliśmy przybrały by całkowicie inny wygląd. Nic tak gwałtownie nie sprowadzi Cię na ziemię, jak szczere słowa przyjaciela. Bo właśnie ową gwałtowność poczuła Roxanne, gdy wraz z Jane opuściły jedną z nowojorskich kawiarni. Jej słowa spadły na nią jak grom z jasnego nieba. Tak, jakby ktoś odsunął wreszcie ten olbrzymi kamień stojący na jej drodze i zasłaniający widok na własne życie. W przypływie nadzwyczajnej energii, zamiast samotnego spaceru, postanowiła odwiedzić wesołe miasteczko wraz z Lily. Oczywiście bywały różne chwile zwątpienia, kiedy przez moment wydawało się jej, że to wszystko jest tylko złudzeniem, jednak szybko starała się tej natrętnej myśli pozbyć.
Następnego dnia zadzwoniła do swojego adwokata i poprosiła o spotkanie, by wszystko dokładnie wyjaśnić. Nie mógł uwierzyć w to, co mu powiedziała, ale w obliczu takiego obrotu sprawy, nic nie mógł już poradzić.
Jakkolwiek wszystko mogło się potoczyć, jej życie znów zaczynało nabierać kolorów.
Wbrew wszelkim zasadom w dzień rozprawy nie założyła ponownie swojego ciemnoszarego płaszcza i czarnych spodni. Wyciągnęła skrywany głęboko w szafie soczyście żółty żakiet, purpurową spódnicę i ruszyła z zadowoleniem próbując zapomnieć o towarzyszących jej nerwach. Będąc jeszcze w przedpokoju napotkała zdziwiony wzrok matki, która przez chwilę stała w miejscu, po czym uśmiechnęła się radośnie i szepnęła:
- Powodzenia.

Kiedy stanęła już przed gmachem sądu przez chwilę poczuła niepewność własnych czynów. Miała ochotę jeszcze zawrócić, schować się za szarym płaszczem i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zanim jednak cokolwiek zrobiła, ujrzała przed sobą sylwetkę swojego zdziwionego adwokata, który sprawiał wrażenie pragnącego usłyszeć jakiekolwiek wyjaśnienia.
- Dzień dobry. – powiedziała Roxy uśmiechając się delikatnie. – Roxanne Bouvier. Ta prawdziwa Roxanne Bouvier. – dodała wyciągając do niego prawą dłoń.
- Miło wreszcie panią poznać. – odparł po dłuższej chwili ocknąwszy się ze zdziwienia i odwzajemnił jej uśmiech. – Żałuję, że nie poznałem pani wcześniej. Może sprawy potoczyłyby się inną drogą. – zauważył otwierając drzwi i przepuszczając blondynkę do środka.
- Kto wie...- odparła uśmiechając się tajemniczo. Przeszła spokojnie korytarzem próbując ukryć zdenerwowanie za uśmiechem. Czuła na sobie zdziwiony wzrok kilku osób, które minęła, jednak to nie to tak bardzo wyprowadzało ją z równowagi. Wciąż zastanawiała się, czy aby na pewno dobrze postępuje. Wciąż odczuwała niepewność i zdenerwowanie. Ale przecież nie było sensu właśnie teraz rezygnować.
Zobaczyła go opartego o ścianę ze zwieszoną głową i intensywnie nad czymś rozmyślającego. Dopiero teraz zwróciła uwagę na jego bladą twarz i puste oczy, które nic nie wyrażały. Poczuła dziwny ucisk w sercu, jednak szybko przywróciła się do porządku. Zatrzymała się niedaleko od niego i z niecierpliwością czekała, aż wreszcie uzyskają pozwolenie na wejście do sali rozpraw.
Pierre starał się nie zwracać uwagi na to, co działo się wokół niego, jednak jej żółty żakiet przyciągał wciąż jego wzrok. Nie mógł zrozumieć, dlaczego właśnie w ten dzień Roxanne założyła na siebie coś, co tak kontrastowało z całym tym otoczeniem. Przez chwilę miał wrażenie, jak gdyby cofnął się w czasie, a cały ten budynek, zbliżająca się rozprawa, były tylko niechcianym snem. Wpatrując się w jej żółty żakiet znów przypominał sobie te wszystkie chwile, które razem spędzili, urywki z tej nocy, której się poznali, minuty szczęścia, które spędzili w swoich ramionach. Nawet nie miała pojęcia, jak wielki ból sprawiało mu patrzenie na ten jedyny w swoim rodzaju kolor, który już do końca życia będzie przypominał mu tylko ją.
Kiedy już wielkie mahoniowe drzwi otworzyły się, niepewnym krokiem weszli do środka i usiedli po swoich przeciwnych stronach, Pierre oczekując najgorszego i marząc, by to wszystko już się skończyło, a Roxanne zastanawiając się, czy wszystko na pewno się uda. Błądziła niepewnie wzrokiem dookoła sprawiając wrażenie osoby przebywającej w innym tylko jej znanym wymiarze, a gdy usłyszała już głos swojego adwokata, czuła jak traci grunt pod nogami. Całe szczęście siedziała bezpiecznie w krześle trzymając się kurczowo stołu, tak jakby za chwile miała upaść. To wszystko wydawało się jej teraz tak bardzo niewiarygodnym. Spojrzała na Pierre’a, który wydawał się nie wierzyć w słowa, które wypowiedział jej adwokat. Chwilę później usłyszała już rozlegający się surowy głos sędziego, który przywrócił ją do świata rzeczywistego.
- Czy pan Bouvier zgadza się na takowe rozwiązanie sprawy? – Pierre skinął niepewnie głową, mając wrażenie, że za chwilę, ktoś wybuchnie głośnym śmiechem i wszystko okaże się być tylko żartem. Nawet nie zorientował się, kiedy sędzia opuścił swoje stanowisko, a na wprost niego znów stanęła ta kobieta w żółtym żakiecie, która uśmiechała się promiennie w jego stronę. Miał ochotę odwrócić się za siebie, by upewnić się, czy aby na pewno nikt za nim nie stoi. Bo czy możliwym było, by Roxanne Ryan-Bouvier znów uśmiechała się do niego z taką samą jak niegdyś beztroską?
- Roxy...- zaczął niepewnym głosem zastanawiając się, co właściwie powiedzieć i czy w ogóle w tej chwili jego słowa będą miały jakiś sens. Roxanne jednak po raz kolejny obdarzyła go swym szczerym uśmiechem i podała mu swoją dłoń. Wstał i delikatnie dotykając jej skóry ruszył za nią wdychając jej zapach, za którym już tak bardzo tęsknił. Nie wiedział dokąd go prowadziła, nie wiedział, co właściwie go czeka i dlaczego to wszystko dzieje się tak nagle. Próbował dowiedzieć się, co się stało, jednak Roxy zbywała go tylko tym rozkosznym uśmiechem i nic nie mówiła. Gdy tylko opuścili gmach sądu, delikatnie pocałowała go w usta, po czym włożywszy mu w dłoń kawałek karteczki, znikła bez słowa w jednej z taksówek i odjechała zostawiając zdezorientowanego Pierre’a na środku zatłoczonego chodnika. Gdy tylko zorientował się, że w jego dłoni wciąż tkwiła owa karteczka, pośpiesznie ją rozłożył i czytając na głos nazwę jednego z klubów Nowego Jorku zastanawiał się po co to wszystko i skąd do jasnej cholery kojarzył tą nazwę? Jedyne, co mu pozostało to pojawić się o wyznaczonej porze w wyznaczonym miejscu jeszcze tego samego dnia.
*
Jane krzątała się w zawrotnie szybkim tempie w swoim mieszkaniu na siódmym piętrze jednego z wieżowców Brooklynu i co chwilę spoglądając na zegar zastanawiała się, jak bardzo wściekłym będzie Josh, kiedy już wpadnie zadyszana do restauracji, w której powinna zjawić się dokładnie za 10 minut. Stała w samej bieliźnie przed otwartą szafą i próbowała znaleźć coś najbardziej odpowiedniego na kolację z ukochanym, kiedy nagle rozległ się dzwonek do jej drzwi. Była pewna, że to Josh postanowił po nią wpaść, więc dłużej się nie zastanawiając pobiegła do drzwi i w pośpiechu je otworzyła.
- Roxy? – zapytała z zaskoczeniem wpatrując się w uśmiechniętą blondynkę.
- Widzę, że spodziewałaś się Josha. – zauważyła wchodząc do środka i zamykając drzwi.
- Właściwie to umówiłam się z nim dziś w restauracji o 17. – spojrzała niepewnie na zegarek i krzyknęła z przerażeniem – Przecież to już za 5 minut! – i pobiegła w stronę szafy.
- Uspokój się Jane. Przecież Josh Cię nie zabije, jeśli się spóźnisz. – brunetka spojrzała znaczącym wzrokiem na przyjaciółkę.
- No dobra, rozumiem, że to coś poważnego. Pewnie chce Ci się wreszcie oświadczyć, ale to nie powód, by tak panikować. – stwierdziła, tak jak by to była jedna z najzwyklejszych w świecie czynności, po czym przeszukując sukienki Jannette, wyciągnęła w końcu jedną, jak jej się wydawało, najodpowiedniejszą. – Co powiesz na to? – zapytała uśmiechając się radośnie.
- Powiedziałaś OŚWIADCZYĆ?
- Najwyższy czas na to, Jane. Zakładaj to, a ja poszukam Ci jeszcze odpowiednich butów. Chyba, że zamierzasz iść w tych kapciach. – włożyła jej w ręce wieszak z czarną sukienką i ponownie zanurkowała do szafy.
- Nie wiem, co dzisiaj brałaś, ale z przyjemnością tego spróbuję. – zauważyła Jannette zakładając na siebie sukienkę.
- Te będą idealne. – Jane spojrzała na czarne szpilki w ręku blondynki, po czym promiennie się uśmiechnęła.
- Nie wiem, co bym bez Ciebie zrobiła.
- To chyba moja kwestia. – stwierdziła Roxy idąc powoli w kierunku przedpokoju.
- Roxanne!
- Tak? – zapytała znów się uśmiechając i odwracając w stronę Jannette.
- To znaczy, że ty... że wy... że ty i Pierre... – z uczuciem ulgi i radości patrzyła na powiększający się wciąż uśmiech na twarzy przyjaciółki. – No i znów masz na sobie żółty płaszcz. – dodała przytulając ją z całych sił.
- Jane...
- Też Cię kocham Roxanne.
- Jest już 17.
- Co?! – panna Lynch spojrzała z przerażeniem na zegar. – Już po mnie.
- Ubieraj się. Na dole czeka taksówka.
- Gdyby nie Josh i Pierre bez wahania bym za Ciebie wyszła. – Roxy roześmiała się serdecznie, a kilka minut później razem z Jannette zbliżały się już w stronę taksówki.
- Powodzenia. – szepnęła na pożegnanie i po raz kolejny uśmiechnęła się do Jannette. W końcu musiała nadrobić te straty z kilkunastu miesięcy.

Wróciła do domu i niemal w podskokach pobiegła do swojego pokoju. Wyciągnęła z dna szafy tę pamiętną, białą, atłasową sukienkę w groszki i choć plama po soku porzeczkowym wciąż była widoczna założyła ją na siebie i z uśmiechem spojrzała w lustro przypominając sobie tę chwilę, kiedy przeklinając Pierre’a próbowała wyczyścić na szybko niechcianą plamę. Nawet przez myśl nie przeszło jej, że kiedykolwiek mogłaby wyjść za tego mężczyznę, nie wspominając już o potomstwie. Rozpuściła swoje jasne włosy, musnęła usta błyszczykiem i zabierając po drodze niewielką torebkę zeszła na dół.
- Roxy... cieszę się, że podjęłaś właściwą decyzję. – zauważyła Julie trzymając w ramionach Lily i przyglądając się z progu kuchni blondynce, która właśnie zakładała buty.
- To wszystko dzięki wam. – odparła Roxanne spoglądając w stronę swojej rodzicielki – dzięki Tobie, Jane no i Lily.
- Dobrze widzieć Cię znów tak uśmiechniętą.
- Obawiam się, że niestety nie będziesz już miała okazji widywać mnie tak codziennie.
- Dlaczego?
- Jeśli Pierre nie sprzedał domu... Chyba czas wrócić do naszych wspólnych ścian, które będziemy dzielić tylko w trójkę. – stwierdziła uśmiechając się do Lily.
- Kochanie, chyba nie zauważyłaś plamy na swojej sukience. – zauważyła Julie przyglądając się ciemnoczerwonemu zabarwieniu w okolicach dekoltu sukienki Roxanne.
- Nie, ta plama jest jak najbardziej na swoim miejscu i jest nieodłącznym elementem tej sukienki. – zauważyła Roxy z tajemniczym uśmiechem przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Założyła na siebie żółty płaszcz i całując na pożegnanie Lily w policzek wyszła czując, jak jej serce z niewiadomych powodów zaczyna coraz szybciej bić.

Powoli idąc ulicami Nowego Jorku zastanawiał się, co jeszcze go dziś czeka. Zimny wiatr i deszcz nie przeszkodziły mu, by przerwać ten spacer i wsiąść do taksówki. Po wydarzeniach dzisiejszego dnia, które przysporzyły mu tak wiele do myślenia, sam już nie wiedział, co jest fikcją, a co prawdą. Wydawało mu się, że to tylko sen, że Roxanne nie dała mu żadnej karteczki, ani tym bardziej nie chciała się z nim spotkać. A może najzwyczajniej w świecie oszalał? Przecież już tak wiele razy słyszał od chłopaków z zespołu te same słowa „Przestań się zadręczać, bo zwariujesz”, „Zbierz się do kupy Pierre, bo oszalejesz a razem z Tobą i my”, „Pierre, chyba nie chcesz wszystkiego tak po prostu rzucić? Przecież to czyste szaleństwo.”
Co więc mogło być najbardziej racjonalną rzeczą, jaką mógłby zrobić?
Zatrzymał się przed wielkim budynkiem z wielkim neonowym napisem, który w ciemności dawał więcej światła niż nie jedna latarnia i nagle doznał olśnienia. W jego głowie jedna po drugiej przedstawiały się te sceny sprzed kilku lat, kiedy jeszcze swoje życie traktował niczym zabawkę, a dziewczyny tylko jako dodatkową rozrywkę. Tak wiele zmieniło się od tego czasu. Zmienił się on, jego przyjaciele i... Roxanne. Wszedł do środka rozglądając się dokładnie dookoła. Jego myśli od razu zostały zagłuszone przez głośną muzykę i głosy bawiących się ludzi. Próbował wzrokiem znaleźć w tłumie niskiego wzrostu blondynkę, jednak kiedy to się mu nie udawało podszedł w końcu do baru i zamawiając whisky usiadł opierając się o ladę. Zastanawiał się, czy był jakikolwiek sens w przychodzeniu tutaj i katowaniu się wspomnieniami, które w tym miejscu stawały się jeszcze bardziej bolesne. Szanse, że Roxanne pojawi się tutaj były przecież tak nikłe...
A mimo wszystko - była tam.
Stała tuż za nim, oddychając głęboko i zastanawiając się jak zacząć. Wiedziała, że cierpiał i nie mogła tego już dłużej ciągnąć. Tak bardzo za nim tęskniła...
Podeszła jeszcze bliżej, a chwile później stanęła tuż obok niego i wpatrując się w jego twarz, chwyciła dłoń, w której trzymał szklankę. Od razu odwrócił zaskoczony wzrok w jej stronę i wpatrywał się w nią z tęsknotą, żalem i pytaniem. Nie wiedział, czego się spodziewać, a jej bliska obecność sprawiała, że powoli tracił kontrolę nad sobą. Zbliżyła swoją twarz jeszcze bardziej, a chwilę później usłyszał jej kojący szept.
- Przepraszam. – powiedziała wciąż trzymając mocno jego dłoń. – Przepraszam, że przeze mnie musiałeś tak wiele cierpieć. Przepraszam za moje zachowanie i za moją niedojrzałość. Przepraszam, że namieszałam w Twoim życiu, a później chciałam uciec pozostawiając wszystko, takim jakie było. Chciałabym... Chciałabym byś dał nam jeszcze jedną szansę. Byś pozwolił mi to wszystko naprawić...- poczuł, jak przyjemny dreszcz przechodzi jego ciało. Znów była blisko niego. Trzymała jego dłoń i szeptała mu do ucha, a on, mimo całego szumu wokół nich słyszał dokładnie każde wypowiedziane przez nią słowo. Znów miała na sobie tę pamiętną sukienkę. Uśmiechnął się i spojrzał w jej błyszczące oczy. Był pewien tej miłości. Musnął jej usta ponownie czując przyjemne mrowienie.
- Czy to znaczy, że...
- Tak Roxy, to znaczy, że wciąż chcę z Tobą być. Ale, czy Ty jesteś tego pewna?
- Pierre... – ścisnęła jego dłoń i spojrzała głęboko w jego oczy – Jestem pewna. Jestem pewna, że każdego ranka chcę widzieć Twój uśmiech i czuć Twój zapach. Chcę zasypiać w Twoich ramionach i czuć się bezpiecznie. Chcę spędzać samotne noce, kiedy Ty będziesz w trasie, a ja myślami wciąż przy Tobie. Chcę być tylko Twoją. Chcę się z Tobą kłócić o to, jaki powinniśmy obejrzeć film. Chcę się z Tobą kochać. Chcę mieć z Tobą dzieci. Chcę budzić się w środku nocy, kiedy Ty wracasz z koncertu. Chcę być Twoją miłością już na zawsze, bo tylko będąc z Tobą, wiem czym naprawdę jest życie. – poczuła ciepło jego ciała, kiedy otoczył ją swymi ramionami. Jak mogła kiedykolwiek rozstać się z tym mężczyzną?
- A co do tych dzieci... Chyba powinniśmy jak najszybciej zacząć nad tym pracę. – delikatnie przygryzł jej płatek ucha, po czym spojrzał na nią z tym tajemniczym błyskiem w oczach, który mówił wszystko. – Niedaleko... jest... łazienka...- powiedział przerywając raz po raz całując jej usta i szyję.
- Jesteś pewien? – zapytała uśmiechając się tajemniczo, kiedy Pierre spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem.
- Mamy do dyspozycji cały dom na całą noc. Naprawdę chcesz to zrobić w tej obskurnej łazience? – sięgając do kieszeni jego spodni wyciągnęła z nich klucze i pomachała nimi przed jego oczyma.
- Masz rację. Lepiej weźmy taksówkę. – uśmiechnął się triumfalnie, po czym przedzierając się przez tłum ruszyli razem do wyjścia.

Zaczęli całkiem nowe życie. I choć wydawałoby się, że po prostu wrócili do poprzedniego stanu rzeczy, oni czuli, że dopiero teraz uczucie, które ich łączy jest prawdziwą miłością. Tą jedyną w swoim rodzaju, przyprawiającą o dreszcze miłością, która miała już być na zawsze. Cieszyli się każdą wspólną chwilą, każdą minutą trwania ich miłości.
Rok później na świat przyszła siostrzyczka Lily. Pierre jednak czując zagrożenie w obecności aż trzech kobiet zaprzysiągł sobie i Roxanne, iż nie spocznie dopóki na świecie nie pojawi się choć jeden jego potomek płci męskiej. Roxy zaś zbywała to tylko uśmiechem, po czym wtulała się w jego ramiona i przymykając oczy wdychała jego zapach.

komentarze [9]

#18:Are we falling or flying? >> piątek, 26 września 2008 21:36:08

Wybaczcie, że was zaniedbałam przez tak długi czas nie dodając moich wypocin.
Szkoła, matura, tysiące innych załatwień i różne takie sraty-taty uniemożliwiły mi zamęczanie was tym opowiadaniem.
No cóż, chyba powoli zbliżam się do końca. Myślę, że jeszcze z 2, może 3 rozdziały się pojawią (jeśli wena nie zechce inaczej).
A teraz enjoy yourselves:) a ja idę się wreszcie porządnie wyspać:)


Następnego ranka została brutalnie obudzona przez natrętny dzwonek u drzwi swojego domu. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu zegarka, po czym wolnym krokiem zeszła na dół jednocześnie ziewając i próbując założyć szlafrok. Otworzyła drzwi, jednak ze zdziwieniem zauważyła, że przed sobą nie widzi żadnego człowieka, ale ogromny bukiet czerwonych róż.
- Pani Roxanne Bouvier? – usłyszała męski głos.
- We własnej osobie. – odparła próbując odnaleźć twarz mężczyzny w gąszczu kwiatów.
- W takim razie proszę tutaj o podpis. – wyciągnął do niej rękę z długopisem i kartką A4. Roxy posłusznie podpisała się na dokumencie, po czym odebrała swój bukiet, który mężczyzna, którego twarzy niestety nie miała przyjemności zobaczyć, przekazał jej z widoczną ulgą. Zamknęła nogą drzwi i ruszyła w kierunku stołu w salonie. Przez chwilę z zaciekawieniem przyglądała się różom próbując przypomnieć sobie, czy 16 listopada był w jej życiu jakąś przełomową datą. W końcu jednak poddała się i próbowała znaleźć bilecik, który powinien wszystko wyjaśnić.
- Lily się obudziła, więc wzięłam ją... – Jane właśnie weszła do salonu, jednak na widok ogromnego bukietu róż zaniemówiła. – Masz dziś jakieś święto? – zapytała po chwili.
- Jeszcze nie wiem. – odparła blondynka uparcie wypatrując wciąż białej karteczki z wyjaśnieniem.
- Szukasz tam bomby? – Jane przyglądała się przyjaciółce, która kręciła się wokół bukietu dokładnie go oglądając.
- Nieee... Szukam tego. – powiedziała z uśmiechem tryumfu wymachując białą karteczką z zadowoleniem.
- Czytaj.
- „Kocham Cię, Pierre.”
- To wiele wyjaśnia. – zauważyła brunetka i uśmiechnęła się do Lily, która rwała się już do swojej mamy. – On naprawdę oszalał z miłości do Ciebie.
- Nie zasłużyłam na niego, Jane. Nie powinnam za niego wychodzić. – stwierdziła ze smutkiem w głosie. Odłożyła bilecik na stół, po czym próbując się uśmiechnąć wzięła w ramiona swoją córeczkę i pocałowała ją w policzek.
- Co mała królewna chciałaby dzisiaj zjeść na śniadanie? – zapytała ruszając wolnym krokiem w stronę kuchni. Jane przez chwilę z niedowierzaniem obserwowała przyjaciółkę i w końcu dołączyła do niej.

- Co miałaś na myśli twierdząc, że nie powinnaś za niego wychodzić? – zapytała Jannette, gdy razem przygotowywały w kuchni omlety. Roxy podniosła niepewnie swój wzrok na przyjaciółkę i po raz pierwszy w życiu nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na jej pytanie.
- Nie patrz tak na mnie. Chyba pamiętasz, co mówiłaś?
- Pamiętam... – odparła prawie niedosłyszalnym głosem.
- Więc? – drążyła nadal Jane.
- Pierre...On zasłużył na kogoś lepszego, niż ja, Jannette. Na kogoś, kto obdarzy go miłością, jaką ja obdarzyć go nie potrafię.
- Roxy, za chwilę pomyślę, że potrzebujesz konsultacji z psychiatrą. Dostajesz bez okazji kwiaty od swojego męża i mówisz, że na niego nie zasługujesz. Normalna kobieta skakałaby z radości. – spojrzała znacząco w stronę przyjaciółki. – Kochacie się, więc w czym problem? Bo kochasz go, prawda? – zapytała niepewnie, choć wydawało jej się to bezsensownym.
- Kocham. – odpowiedziała bez chwili namysłu. – Ale widzisz Jane... Ja chyba należę do tych nielicznych kobiet, które powinny zostać starymi pannami, którym po jakimś czasie całkiem dobrze jest z samotnością. A poza tym ja nie byłabym już taka samotna, w końcu mam Lily. – stwierdziła uśmiechając się do swojej córeczki siedzącej w foteliku niedaleko niej.
- Roxanne Bouvier. Stanowczo zabraniam Ci wygadywania takich bzdur.
- Ale to nie są bzdury...
- Roxy...- westchnęła Jane. – Nie możesz myśleć o tym w taki sposób. Jesteś jeszcze świeżo upieczoną mężatką i uważam, że jedyne, czego teraz potrzebujesz to rozmowy z kimś, kto już ma doświadczenie w tego typu sprawach. Obiecaj mi, że do tego czasu zapomnisz o wszystkich nękających ciebie i twoje małżeństwo problemach i choć przez chwilę od tego odpoczniesz. To Ci dobrze zrobi.
- Postaram się.

Choć z początku było jej ciężko, w końcu udało się jej zastosować do rady najlepszej przyjaciółki. Porzuciła swoje obawy i pytania pozostawione bez odpowiedzi daleko za sobą i zaczęła wreszcie odpoczywać. Codziennie wychodziła z Lily na długie spacery, a gdy wracały już zmarznięte do domu przygotowywała gorącą herbatę i wraz z Lily oglądała kolejne bajki lub zabawiała ją teatrzykiem, którego głównymi bohaterami były ulubione misie jej córki.
Pierre dzwonił niemal codziennie, tłumacząc za każdym razem, że stęsknił się za głosem kobiet swojego życia. Roxy uśmiechała się radośnie słysząc jego ciepły głos i w duchu musiała przyznać, że zaczynała za nim coraz bardziej tęsknić.
Już pod koniec pierwszego tygodnia grudnia zdążyła posprzątać cały dom i nawet udało jej się zakupić kilka niewielkich prezentów gwiazdkowych. Znów chodziła uśmiechnięta od ucha do ucha i szczerze nie mogła doczekać się tych pierwszych świąt, które miała spędzić tylko z Pierre’em i Lily. To wszystko było dla niej takie... nowe i niewiarygodne. Rodzina, dom, święta. I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno była wolną, beztroską kobietą z duszą nastolatki...
Na kilka dni przed przyjazdem Pierre’a postanowiła w końcu zebrać w sobie całą odwagę i odwiedzić rodziców. A właściwie tylko matkę, bo gdzie podziewał się jej ojciec nie miała zielonego pojęcia. Gdy tylko skończyła śniadanie, ubrała Lily w ciepłą zimową kurtkę i spodnie, założyła na siebie płaszcz i mrucząc cały czas pod nosem ‘jestem spokojna’, ruszyła spacerem do swojego starego miejsca zamieszkania. Ulice Nowego Jorku pokryte były już cienką warstwą białego puchu, a płatki śniegu od kilku dni tańczyły wciąż w powietrzu sprawiając, że cała atmosfera wokół stawała się jeszcze bardziej świąteczna niż zwykle. Nic jednak nie mogło pobić wspaniałego widoku zaśnieżonego Montrealu, z którym Nowy Jork w kwestii ilości śniegu nie miał żadnych szans.
Gdy stanęła już przed tak dobrze znanymi jej mahoniowymi drzwiami była już na tyle zmęczona, że nawet nie miała sił, by zastanawiać się nad tym, czy dobrze postępuje. Nacisnęła na dzwonek i przez chwilę spoglądała na Lily, która siedząc w wózku, z uśmiechem przyglądała się spadającym na ziemię płatkom śniegu. W końcu jednak usłyszała zgrzyt kluczy w zamku i już miała z uśmiechem na twarzy powitać matkę, gdy zauważyła przed sobą wysokiego, szczupłego mężczyznę grubo po czterdziestce. Spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem, po czym dla pewności sprawdziła tabliczkę z nazwiskiem. Nie mogła pomylić domów. Przecież w okolicy mieszkała tylko jedna rodzina o nazwisku Ryan.
- Ty pewnie jesteś Roxy. – usłyszała po chwili męski głos. Mężczyzna stojący w progu domu, w którym niegdyś mieszkała, przyglądał się jej z uśmiechem. Właśnie otwierała usta, by coś odpowiedzieć, kiedy w głębi pomieszczenia zauważyła własną matkę.
- Roxy! Już myślałam, że Cię nigdy nie uścisnę. – nim zdążyła poruszyć palcem, poczuła mocny uścisk swojej matki, która już od progu zaczęła zdejmować z niej płaszcz i zadawać tysiące pytań nie czekając na odpowiedź nawet na jedno z nich. W końcu, kiedy zajęła się swoją wnuczką, Roxanne rozglądnęła się wokoło i upewniając się, że w pobliżu nikogo nie ma zapytała:
- Mamo, kim jest ten facet, który otworzył mi drzwi? – Julie podniosła wzrok na blondynkę i lekko się zarumieniła.
- Może napijesz się herbaty? Pewno zmarzłaś. Taka tam teraz pogoda paskudna. Nigdy nie lubiłam zimy, to chyba jedna z najgorszych pór roku...- Roxy przyglądała się ze znaczącą miną swojej matce, która próbowała ukryć gdzieś swój wzrok i jak najszybciej zmienić temat.
- Przestań. – przerwała jej stanowczym głosem. – Zachowujesz się jak dziecko. Powiesz mi kim ten facet dla Ciebie jest, czy mam go zapytać o to osobiście?
- To mój... partner. – odparła Julie.
- Partner. – powtórzyła Roxy, jakby nie wierząc w prawdziwość tego słowa. – Partner.
- Dobrze się czujesz kochanie?
- Świetnie. Ale jeśli masz dla mnie jeszcze jakieś niespodzianki, to wolałabym o nich wiedzieć wcześniej. Za niedługo wpadnę w jakąś fobię. Strach przed własnym domem.
- Usiądź lepiej w salonie. Zaraz przyniosę herbaty. – Roxy wzięła trzy głębokie wdechy (które, miała nadzieję, przywrócą jej właściwą równowagę) i wraz z Lily usiadła na kanapie. Dopiero, kiedy jej matka postawiła przed nią kubek z gorącą herbatą i usiadła w fotelu naprzeciwko niej, przypomniała sobie, jaki właściwie był cel jej wizyty. W zaistniałej sytuacji wolała jednak o niczym nie wspominać i po prostu udać, że przyszła tylko, by porozmawiać i wszystko wyjaśnić.
- Nadal jesteś na mnie zła? – usłyszała po chwili pytanie z ust swojej rodzicielki. Spojrzała w jej stronę niepewnym wzrokiem.
- Byłam wściekła. Ale w końcu udało mi się z tego wyleczyć. Choć wciąż jestem tym wszystkim rozczarowana, doszłam jednak do wniosku, że zrywanie kontaktów z rodzicami, jakimikolwiek by oni nie byli, wcale nie jest najlepszym pomysłem. Poza tym sam fakt, że postanowiłaś mi o wszystkim powiedzieć, chyba nie świadczy o Tobie źle...
- Żałowałam tego. Przez długi czas. Byłam pewna, że tym sposobem straciłam swoje dzieci, które przecież zawsze były najważniejsze w moim życiu. I będą. Dopiero później uświadomiłam sobie, że życie o wiele lepsze jest w prawdzie, nieważne jak bolesnej, niż w kłamstwie, które zawsze kończy tak samo.
- Przeczysz sama sobie. Przecież przez większość życia żyłaś w kłamstwie. Wplątując w to przy okazji mnie i Ray’a. – zauważyła Roxy obserwując Julie przenikliwym wzrokiem.
- Nie żyłam w kłamstwie, kochanie. Zawsze byliśmy wobec siebie szczerzy z waszym ojcem. Po prostu chcieliśmy uchronić was przed wszelkim złem. Wiem, że może to trudno zrozumieć, ale uwierz mi – niektóre sprawy wymagają trochę czasu, by je pojąć.
- Gdzie teraz mieszka tata? – zapytała po chwili głębokiego namysłu.
- Nie wiem. Ostatni raz widzieliśmy się 2 miesiące temu na ostatniej rozprawie. Ale mam jego numer telefonu. – dodała pospiesznie widząc wzrastające oburzenie na twarzy córki. Po chwili podała jej zapisany na kartce numer i uśmiechnęła się.
- Jeśli nic nie planujesz może wpadniesz do mnie na święta? To znaczy do nas.
- Właściwie to... Jedziemy z Tom’em do Chicago. – powiedziała unikając wzroku Roxy.
- Ach tak, jasne... – blondynka rozejrzała się po pokoju, zatrzymując ostatecznie swój wzrok na Lily, co z resztą nie uszło uwadze jej matki.
- Jest taka podobna do swojego taty... – stwierdziła Julie uśmiechając się do małej.
- Myślę, że na nas już pora. – Roxy wypiła ostatni łyk herbaty i podniosła się z kanapy.
- Zobaczymy się jeszcze.. przed świętami? – zapytała z nadzieją w głosie jej matka.
- Być może.
- Roxanne... Ja... Wiem, że to wszystko dla Ciebie z pewnością nie jest zbyt łatwe...
- Będzie dobrze, mamo. – odparła uśmiechając się do niej szczerze. – Ważne, abyś była teraz szczęśliwa. Zasłużyłaś na to. A ja... Ja po prostu potrzebuję trochę czasu. – nie spiesząc się ubrała Lily, założyła na siebie płaszcz i zaciskając czapkę na uszy jeszcze raz uśmiechnęła się do matki.
- Wesołych Świąt, mamo. – powiedziała i chwyciła za klamkę u drzwi.
- Wesołych Świąt, kochanie. – odparła szczelnie owijając się swetrem, gdy Roxy otworzyła już drzwi. – Pamiętaj, że zawsze będziesz moją córeczką. – jeszcze raz odwróciła się w jej kierunku i uśmiechnęła, a chwilę potem znikła za kolejnym domem.

Przez następny tydzień próbowała skontaktować się z ojcem, jednak na marne. Za każdym razem trafiała na pocztę i jedyne, co mogła zrobić, to zostawić wiadomość. Miała nadzieję załatwić wszystkie trapiące ją sprawy jeszcze przed powrotem Pierre’a, ale nic nie wskazywało na to, by mogła tego dokonać. Dziwnie się czuła na myśl o tym, że jej matka miała... partnera? Chłopaka? A może towarzysza? Jeszcze do niedawna była panią Ryan, a teraz opuszczała Nowy Jork ze swoim nowym mężczyzną, jak gdyby była to zwykła, niezobowiązująca wycieczka. Nie miała jej tego za złe. Wiedziała, że zasługuje na szczęście. Jednak ten fakt, iż jej matka była związana z mężczyzną, który dla Roxy był po prostu obcy, był zbyt świeży. Może była to tylko kwestia przyzwyczajenia, a może czegoś innego, Roxy jednak na jakiś czas starała się nie zaprzątać tym sobie głowy.
Na tydzień przed nadejściem świąt kupiła świąteczne drzewko i wraz z Lily zajęła się masową produkcją ozdób. I choć po zakończeniu cały salon wyglądał jak jedno wielkie pobojowisko, zaś Roxy i jej córeczka (szczególnie ona) były pokryte grubą warstwą kleju, dla takiego efektu warto było się poświęcić. Kolorowe światełka radośnie oświetlały cały pokój, a wszystkie ozdoby sprawiały, że całość wyglądała jak ze świata bajki. Już nie mogła doczekać się powrotu Pierre’a, do którego były jeszcze 3 dni.


11 MIESIĘCY PÓŹNIEJ

Zawsze z uśmiechem na twarzy wspominała te najpiękniejsze w jej życiu święta Bożego Narodzenia, które spędziła ze swoim mężem i ukochaną córeczką. Czuła się wtedy najszczęśliwszą kobietą na świecie i była przekonana, że nic nie może tego już zmienić. Ktoś patrzący z zewnątrz mógłby pomyśleć „to jedna z tych idealnych, wspaniałych rodzin” jednak nigdy nie podejrzewałby, że pewnego dnia właśnie to małżeństwo wyląduje w sądzie na sali rozpraw.
Rozwód. To słowo spadło na Roxy, jak grom z jasnego nieba. Gdy po kilkutygodniowym pobycie w domu Pierre znów wyjechał, w jej głowie po raz kolejny zaczęło kotłować się milion skomplikowanych myśli. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Chodziła od kąta do kąta, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, którego właściwie nawet nie zadała. Po kilku miesiącach znów zaczęła pojawiać się w klubach, które niegdyś tak często odwiedzała, pozostawiając Lily pod opieką babci lub swojej przyjaciółki. Znów szalała w rytm muzyki, flirtowała z nowopoznanymi mężczyznami, rozpalając ich do czerwoności i utwierdzając w przekonaniu, że wciąż jest panną (obrączka w tym czasie bezpiecznie leżała ukryta w pudełku wraz z inną biżuterią). Tylko wtedy, kiedy natrafiała na kogoś, kto napotkał już w gazecie artykuł o niej i jej mężu, jak najszybciej było to możliwe ulatniała się z miejsca i szukała kolejnej ofiary.
Oczywiście, że miała nie jedną okazję, by wylądować z kimś w łóżku. Już nie wiele brakowało, gdy pewnej nocy namiętnie całowała się z niejakim Michael’em pod drzwiami jego mieszkania, gdy nagle oprzytomniała i przepraszając go uciekła z miejsca zbrodni. Od tamtego czasu pojawiło się poczucie winy, które już nie miało zamiaru jej opuszczać. Z dnia na dzień upewniała się, że to ona jest wszystkiemu winna. Zawsze wiedziała, że stałe związki nie są jej przeznaczone i czasami nie potrafiła zrozumieć swojego postępowania. Dlaczego wyszła za Pierre’a, skoro związek z nim z góry skazany był na niepowodzenie? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć.
Była osobą słabą psychicznie. Czuła że z dnia na dzień traci grunt pod nogami i jakby tego było mało została telefonicznie powiadomiona przez Nowojorski szpital, że jej ojciec od kilku tygodni jest w ciężkim stanie, ale wciąż walczy. Przez pierwszych kilka minut wydawało się jej, że to pomyłka. Nawet, gdy wchodziła już do jasnozielonego pomieszczenia o charakterystycznym zapachu trwała w przekonaniu, że za chwilę, ktoś za nią wybiegnie i przeprosi za niefortunną omyłkę. Jednak dopiero, gdy zobaczyła przeraźliwie chudego mężczyznę, z zapadniętymi oczyma i resztką włosów na głowie, w którym z trudem rozpoznała własnego ojca, uświadomiła sobie, że to ona żyła wciąż jedną wielką pomyłką...
*
- Na pewno wszystko w porządku? Jeśli zajdzie taka potrzeba rozprawę można przesunąć na inny termin.
- Nie. Chcę to już mieć za sobą. Nic mi nie jest. – stwierdziła stanowczym głosem blondynka poprawiając na sobie czarną marynarkę. Spacerowała po kamiennej posadzce tam i z powrotem wpatrując się w białe sklepienie nad swoją głową. Stukot obcasów odbijał się echem w pustym korytarzu, a Mark Landon, jej adwokat, obserwował ze spokojem swoją klientkę, która próbowała pozbyć się wszelkiego stresu. Do rozprawy pozostało tylko 10 minut, a im więcej czasu upływało tym więcej stresu odczuwała na sobie Roxanne.
Z niepokojem spoglądała co chwilę w głąb korytarza oczekując, że w każdej chwili pojawi się tam Pierre wraz ze swoim obrońcą. I w końcu przyszedł.

Wolnym krokiem posuwał się naprzód spoglądając niepewnie w stronę niskiej blondynki nerwowo maszerującej po korytarzu. Jeszcze tylko 5 minut. 5 minut, by rozpocząć proces wolnego umierania ich związku. Wciąż nie mógł uwierzyć, że do niedawna byli tak szczęśliwym małżeństwem, wydawałoby się na dobre i na złe. Nie przestał jej kochać. Był nawet pewien, że nigdy już nie uda mu się pokochać żadnej kobiety tak, jak Roxanne. Uwielbiał patrzeć, jak się uśmiecha, jak kołysze Lily do snu, bawi się swoimi lokami denerwując się. Dokładnie pamiętał tę chwilę, kiedy pewnego słonecznego dnia wrócił zmęczony, lecz szczęśliwy z trasy i zastał w przedpokoju jej spakowane walizki. Nie miał pojęcia, co się dzieje. A potem zobaczył jej zapłakaną twarz i poczuł drżenie jej ciała, gdy z całych sił się w niego wtuliła. Łkała w jego koszulkę, a on gładził delikatnie jej plecy próbując ją uspokoić. Mógł spodziewać się wszystkiego. Nigdy jednak nie podejrzewał, że kilka minut później usłyszy od niej te dwa słowa: „chcę rozwodu”.
Nie zgodził się. Wiedział, że miłość, którą ją darzył, była zbyt wielka, by tak po prostu mogła się skończyć. Nie docierały do niego argumenty, że tak będzie lepiej dla obojga, że zawsze będzie mógł odwiedzać Lily. Chciał być z nią. Z własną żoną. Dzielić z nią radości i smutki, kochać się z nią, kłócić o zwykłe drobnostki i wychowywać Lily. I dopiero, gdy przyznała, iż trwanie w tym związku zabiera jej powietrze, a życie nie jest takie jak powinno, wyszedł trzasnąwszy drzwiami.
Włóczył się bez celu po ulicach Nowego Jorku nie zważając na wszechogarniające zimno i listopadowy deszcz. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak nagle postanowiła odejść. Dlaczego dopiero po kilku latach trwania ich związku stwierdziła, że czuje się tym wszystkim przytłoczona. Próbował odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens. Obwiniał siebie, poszukiwał jakiejkolwiek przyczyny, która mogłaby spowodować w niej tak diametralną zmianę. Nie wyobrażał już sobie życia bez niej, ale ponad wszystko pragnął jej szczęścia. I właśnie dlatego zgodził się podpisać dokumenty orzekające o rozwodzie. Dla Roxanne postanowił poświęcić swoje życie, tylko dlatego, by zapewnić jej i ich córce szczęście.

__________

Z dedykacją dla pań z: wait-for-me, pijani-zapachem, wasching-machine i taste-of -chaos :]

komentarze [11]

#17: feel so free? >> środa, 20 sierpnia 2008 23:38:31

Długo nic nie dodawałam, wiem. Jakoś nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy, a później nie chciało mi się wszystkiego przepisywać na komputer... Przez wakacje się rozleniwiłam jeszcze bardziej niż zwykle.
Chciałabym jeszcze wszystkich uspokoić, że NIE PORZUCAM OPOWIADAŃ I ZAWSZE STARAM SIĘ JE DOKOŃCZYĆ:) Więc jeśli kiedykolwiek przytrafi mi się znów zniknąć na dłuższy czas, nie myślcie, że to już koniec. A jeśli już takowy nastąpi, to z pewnością znajdziecie na ten temat informację w notce:)
A teraz czas na kolejną część:) Nie wiem, czy się spodoba. Nie obiecuję kokosów.
A tak w ogóle to zastanawiam się nad zakończeniem (spokojnie, jeszcze kilka części się pojawi). Z happy endem, czy bez?
Muszę się zastanowić. :]
Dla wspaniałych czytelników, którym chce się czytać te dyrdymały;)
________________

Wcale nie był zadowolony z tego, co od niej usłyszał. Miał wrażenie, jakby Roxy zaczęła utożsamiać ich małżeństwo do związku jej matki i ojca, które były od siebie tak całkowicie różne. Powtarzał jej to wiele razy, tłumacząc, że poprosił ją o rękę przede wszystkim dlatego, że ją pokochał, jak żadną inną kobietę, ona zaś, choć twierdziła, że mu wierzy, sprawiała wrażenie, że w środku jej uczucia wcale nie oddawały tego, co twierdziła. Wszystko to sprawiało, że mimo tego zewnętrznego szczęścia, którym przecież wyróżnia się niemal każde nowe małżeństwo, oni czuli, że coś jest nie tak. Owszem, wciąż ze sobą normalnie rozmawiali, jednak robili to skrupulatnie omijając to, co tak bardzo ich dręczyło. Doskonale zdawali sobie sprawę, iż do niczego dobrego tym sposobem nie doprowadzą, a mimo to wciąż uparcie obstawali przy swoim.

- Za tydzień wyjeżdżam. – stwierdziłPierre beznamiętnym głosem pewnej październikowej nocy. W pokoju słychać było bębniące w szybę kolejne krople deszczu. Elektroniczny zegarek znajdujący się na jednej z szafek wskazywał już godzinę 1. Roxy, odwrócona plecami do męża, próbowała zasnąć wpatrując się w mrok panujący w pomieszczeniu, który rozświetlały jedynie zielone cyfry zegarka. Była pewna, że on już śpi, jednak wszystko wskazywało na to, że jest daleki od owego błogiego stanu nieświadomości.
- Wiem. – szepnęła po chwili nawet się nie poruszając, choć czuła jego ciało bliżej swojego. – Wrócisz na święta.
- Tylko na tydzień. – stwierdził próbując wybadać, jak zareaguje na to Roxanne. Ona jednak zdawała się tym tak bardzo nie przejmować. Zapadła głęboka cisza. Oboje zastanawiali się, czy warto ciągnąć ten pozbawiony sensu dialog, czy tak po prostu urwać go w tym miejscu i pozwolić mu umrzeć śmiercią naturalną. Pierre wpatrywał się w kawałek kołdry, pod którym leżała skulona Roxy i nawet nie miała ochoty spojrzeć w jego stronę , kiedy delikatnie się do niej przysunął. Miał niemiłe wrażenie, że wszystko, co udało im się zbudować, wszystkie fundamenty, na których opierało się ich małżeństwo, zaczynają się coraz bardziej chwiać pod wpływem ciężaru. Najgorsze jednak było to, że ona zdawała się tego w ogóle nie zauważać, a Pierre nie miał pojęcia, w jaki sposób powinien zacząć to wszystko naprawiać.
- Chcę wrócić do pracy. Od stycznia. Już rozmawiałam z szefową. – odezwała się po dłuższej chwili.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? – zapytał Pierre próbując ukryć swój zawód i oburzenie.
- Przecież Ci mówię. – odparła z irytacją w głosie.
- Tak, ale... Po prostu myślałem, że jako małżeństwo omawiamy wcześniej takie sprawy.
- Pierre, o co Ci znowu chodzi? Przecież nie będę konsultować z Tobą każdej błahej sprawy.
- Uważasz, że praca to taka błaha sprawa? A co z Lily? Co z nami?
- Zatrudnimy opiekunkę. A poza tym, sądziłam, że nie sprawi Ci to żadnej różnicy, jeśli będę pracować, skoro Ty będziesz w trasie przez dłuższy czas.
- Mam przez to rozumieć, że wykluczasz mnie ze swojego życia? Roxy, podejmujesz decyzje, które dotyczą nas oboje i nic mi o tym nie mówisz!
- Przecież Ci powiedziałam! Przestań się wreszcie wszystkiego czepiać. – warknęła zdenerwowanym głosem, po czym poprawiła swoją poduszkę i zamknęła oczy.
- Jeśli już zapomniałaś, to przypominam, że jesteśmy małżeństwem. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale chyba najwyższy czas, by zachowywać się tak, jak w normalnym związku. – stwierdził przyciszonym głosem Pierre starając się zachować pozory spokoju.
- Właśnie Pierre, tak jak w normalnym związku. A nie w WIĘZIENIU. – powiedziała wyraźnie akcentując ostatnie słowo. – A teraz pozwól, że pójdę już spać. – spojrzał w jej stronę smutnym wzrokiem i już się nie odezwał. W jego głowie echem wciąż odbijały się słowa związek i więzienie. Czyżby dla niej to małżeństwo było niczym innym, jak przymusem? Poczuł niemiłe ukłucie w sercu, jednak szybko zaczął pocieszać się myślą, że takie kryzysy zdarzają się w każdym małżeństwie. A przecież oboje się kochali, więc cóż mogło przeciwstawić się tej miłości?
Przez kilka następnych dni Roxy starała się unikać przebywania sam na sam w obecności Pierre’a, a z kolei on na wszelkie sposoby próbował z nią porozmawiać. W końcu ostatnią rzeczą jakiej pragnął było rozstanie się na tak długi czas, gdy ich związek był daleki od ideału. Zależało mu na niej. Może nawet bardziej, niż powinno. Kochał ją całym sobą i nie był nawet w stanie wyobrazić sobie życia bez niej. Ona jednak sprawiała wrażenie tym wszystkim zmęczonej. Jak gdyby czegoś jej brakowało. Cokolwiek jednak to było, Pierre czuł, że to coraz bardziej ich od siebie odsuwa. A przecież on był w stanie dać jej wszystko. Gdyby od tego zależał ich związek, mógłby nawet porzucić zespół. Bo najważniejsza była ona i ich wspaniała córeczka.

Nowy Jork.
Wróciła do domu jeszcze tego samego dnia, gdy żegnała się z mężem na lotnisku. On leciał do Europy; ona - nawet nie opuszczała kontynentu. Poczuła się dziwnie, gdy obserwowała jak powoli oddalał się ginąc w końcu w tłumie. Obiecywał, że przyleci jak szybko będzie to tylko możliwe. Roxy jednak jakoś nie potrafiła w to uwierzyć. A może nie chciała? W końcu doskonale zdawała sobie sprawę z zakłamanego udawania, że w ich związku nic złego się nie dzieje...
Kiedy zamknęła za sobą drzwi swojego domu, w którym od tej chwili miała mieszkać tylko z Lily, na jej twarzy pojawił się uśmiech ulgi. Od razu rozpakowała wszystkie walizki, raz po raz spoglądając na swoją córeczkę pochłoniętą zabawą misiem, którego dostała na pożegnanie od tatusia. Później zrobiła pranie, nazbierała z pomocą Lily bukiet kolorowych liści (były takie ładne, że szkoda by było zostawiać ich w ogrodzie), które od razu znalazły swoje miejsce w wazonie na stoliku w salonie. Wczesnym wieczorem zabrała Lily na spacer po drodze robiąc zakupy i wróciła do domu z dziwnym uczuciem lekkości, który już tak dawno nie raczył zaszczycić jej swoją obecnością.
Długo cieszyła się tymi spokojnymi chwilami spędzanymi we własnym domu. Nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek mogłaby zatęsknić za tymi samotnymi wieczorami, kiedy słuchając cicho muzyki, by nie zbudzić Lily, wpatrywała się w gwieździste niebo i po prostu marzyła. Nikt nie mówił jej, co ma robić. Nikt nie chodził za nią, jak cień. Nikt nie przerywał jej, gdy myślami była na gorącej plaży na Hawajach, czy po prostu bezmyślnie wpatrywała się w oświetlone miasto. Dopiero w takich chwilach uświadamiała sobie, jak bardzo tego potrzebowała. I jedyne, co zaczynało ją wtedy nękać, była ta okropna, przerażająca myśl, że właściwie nie nadaje się do prawdziwego życia w małżeństwie. A przecież wciąż czuła w sercu miłość do tego jedynego mężczyzny...

Nadszedł wyjątkowo zimny, szary listopad. Mokre od deszczu ulice odbijały blade światło latarni, gdy wokół panował gęsty mrok nocy. Roxanne wpatrując się w sufit próbowała zasnąć i powoli jej się to udawało, gdyby nie nagły hałas dobiegający jakby z salonu. Otworzyła ze strachu szeroko oczy. Przez chwilę miała wrażenie, że to tylko sen, jednak, dziwne odgłosy z dołu mieszkania wciąż nie ustawały. Wstała ostrożnie, założyła na siebie szlafrok i wziąwszy do ręki pierwszą lepszą gitarę Pierre’a (na wypadek, gdyby ktoś chciał ją zaatakować), zaczęła skradać się po schodach. Po chwili zauważyła palące się w kuchni światło, co wywołało gwałtowne bicie jej serca z obawy, że może zostać zauważona (mimo że była we własnym domu). Zaciskając mocniej palce na gitarze, tak, że czuła wbijające się w jej naskórek struny, wzięła głęboki oddech i odważnie ruszyła do kuchni. Zamroczona strachem, nie próbując nawet odgadnąć kim jest intruz, podniosła gitarę i już miała z całych sił uderzyć nią w głowę domniemanego złodzieja, gdy nagle usłyszała jego donośny krzyk.
- Chcesz mnie zabić?! – zawołał z przerażeniem zatrzymując ręką gitarę, która zawisła w powietrzu centymetr nad jego głową.
- Pierre? – blondynka spojrzała na niego zdziwiona. – Co Ty tutaj robisz?
- Herbatę. – odparł uśmiechając się do niej. – Chciałaś użyć mojej gitary, do obrony? – pokręcił głową z niedowierzaniem spoglądając na zaskoczoną Roxy, która wciąż trzymała instrument w pogotowiu. – Lepiej to już odłóż. – stwierdził podchodząc do niej bliżej, by uwolnić gitarę z jej uścisku.
- Jesteś nienormalny. – zauważyła po chwili Roxy, gdy już otrząsnęła się z pierwszego szoku.- Skradasz się do własnego domu, jak jakiś złodziej, po czym, jak gdyby było to coś zwykłego, stwierdzasz, że po prostu robisz herbatę. Albo ja zwariowałam, albo to z Tobą jest coś nie tak. - Pierre spojrzał z zaciekawieniem w jej stronę uśmiechając się.
- Sądzisz, że napadanie własnego męża w kuchni i próba znokautowania go gitarą jest bardziej normalną sytuacją? – zapytał zbliżając się do niej powoli.
- Nie wiedziałam, że ty to ty. – uśmiechnęła się delikatnie czując na biodrach jego dłonie.
- Tęskniłem. – szepnął i wpił się namiętnie w jej usta. Ona też tęskniła. Tylko, że w trochę inny sposób.
Spędzili razem 2 dni, bo tylko na tyle Pierre mógł się wyrwać z trasy. W trójkę gotowali obiad, a później razem sprzątali bałagan, który zapanował w ich kuchni. Wraz z Lily spacerowali po ulicach Nowego Jorku, nie przejmując się fotoreporterami, którzy potrafili zmieścić się za każdym drzewem z aparatem w ręku. Przez chwilę wydawało się, że znów wszystko wróciło do normy. Oboje byli szczęśliwi. Rozmawiali, oglądali z Lily kreskówki, czuwali przy jej łóżeczku, gdy zasypiała, a potem, ‘niechcący’, wylądowali razem pod prysznicem namiętnie się kochając.
I dopiero następnego dnia, gdy Pierre wsiadał już do taksówki, która miała zawieźć go na lotnisko, Roxy poczuła, po raz kolejny, tę dziwną ulgę na myśl, że znów nadchodzi ten błogi czas spokoju. Wiedziała, że nie było to nazbyt normalne. W końcu która normalna mężatka cieszy się na wyjazd swojego męża?
Potrzebowała rozmowy z kimś bliskim. Z kimś, komu mogłaby zaufać nie martwiąc się, że za dzień lub dwa o jej problemach będzie wiedzieć 1/3 mieszkańców Nowego Jorku. Usiadła w fotelu i beznamiętnym wzrokiem wpatrywała się w telefon.
- Jannette. Jannette Lynch. – powiedziała uśmiechając się na myśl o przyjaciółce, z którą już tak dawno się nie widziała. Nie zastanawiając się dłużej, chwyciła czarną słuchawkę i wybrała numer, który wciąż jeszcze tak dobrze pamiętała.
- Słucham? – usłyszała męski głos po drugiej stronie.
- Cześć Josh, to ja Roxy. Zastałam może Jane?
- Już ją daję. – odparł, a po chwili usłyszała jak zwykle ciepły głos przyjaciółki.
- Roxy? To naprawdę Ty?
- Nie inaczej. Masz dziś wolny wieczór?
- Właściwie...chyba tak. Ale przecież Ty jesteś teraz w Mont
- W Nowym Jorku. – wtrąciła Roxy. – I pomyślałam, że może zechciałabyś... mnie odwiedzić?
- Teraz?
- Jeśli chcesz, rzecz jasna.
- Coś się stało. – stwierdziła pewnym głosem.
- Nie, po prostu chciałam się z Tobą spotkać. – skłamała Roxanne przygryzając nerwowo wargi.
- To nie było pytanie kochana. Będę za godzinę.
- Dzięki. – odparła – Jane...
- Tak?
- Kup butelkę tequilli. A najlepiej dwie.
- Jak sobie życzysz pani Bouvier. – odpowiedziała uśmiechając się i odłożyła słuchawkę.
3 i pół godziny później
- Powiesz mi wreszcie, co Cię tak trapi? – zapytała Jane świdrując spojrzeniem blondynkę, która wygodnie rozsiadła się na kanapie i pochłaniając kolejne krople płynu wysokoprocentowego, które raz po raz przegryzała popcornem lub sałatką z fety, opowiadała o wszystkim skrzętnie omijając temat, na który przecież jeszcze tak niedawno bardzo chciała porozmawiać. Zaś na pytanie przyjaciółki odwróciła swój mętny wzrok i z twarzą pozbawioną już uśmiechu zaczęła wpatrywać się w płomień świecy, która rozpraszała panujący w pokoju mrok. – Wnioskuję, że to naprawdę coś poważnego, skoro nie potrafisz tego z siebie wyrzucić po wypiciu prawie całej butelki tequilli. – zauważyła po chwili wciąż obserwując Roxanne przenikliwym wzrokiem. Gdy ta wciąż się nie odzywała, usiadła obok niej i zmuszając ją, by spojrzała wreszcie w jej oczy, powiedziała:
- Pani Bouvier, milczeniem mnie nie zbędziesz. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę, hmm?
- No bo... Chodzi o to, że... Ja się chyba nie nadaję do życia w małżeństwie. – westchnęła i wzięła duży łyk tequilli ze swojej szklanki. Jane spojrzała na przyjaciółkę z niedowierzaniem.
- Roxy... Co ty wygadujesz... Mam wrażenie, że to właśnie szczęście uderzyło Ci do głowy.
- Chciałabym Jannette... Ale ja naprawdę nie nadaję się do stałych związków. Wszystko niszczę. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego nigdy nie wychodziło mi z facetami.
- Pleciesz głupstwa... Nie pij już więcej. – stwierdziła zaniepokojona Jannette chowając do połowy pełną butelkę tequilli pod stół.
- To nie przez alkohol, Jane. Gdy cieszę się z powodu wyjazdu mojego męża, bo znów przez chwilę poczuję trochę wolności, jestem jak najbardziej trzeźwa. Kocham go, ale w małżeństwie czuję się jak na smyczy. Dopóki Pierre jest w trasie i pojawia się raz w miesiącu na kilka dni wszystko jest dobrze. Rozmawiamy, śmiejemy się, kochamy. Ale kiedy przypominam sobie te chwile, gdy jeszcze byliśmy w Montrealu... Jannette ja wiedziałam, że coś jest nie tak, wiedziałam, że czegoś mi brakuje. Jednak dopiero po kilku tygodniach spędzonych w Nowym Jorku tylko w obecności mojej cudownej córeczki, zrozumiałam, że potrzebowałam oddechu. Ja... ja powinnam być sama. A teraz nie mam pojęcia, co powinnam zrobić... – otarła pojedynczą łzę z policzka i próbowała uśmiechnąć się do przyjaciółki, która wpatrywała się w nią z troskliwym wzrokiem.
- Rozmawiałaś z mamą albo ojcem? – zapytała po chwili namysłu. Blondynka spojrzała na nią nie rozumiejąc o co chodzi.
- Nie. Dlaczego miałabym w ogóle rozmawiać z którymkolwiek z nich?
- Bo to twoi rodzice. I z pewnością wiedzą więcej o małżeństwie niż którakolwiek z nas.
- Nie chcę ich nigdy więcej widzieć. Przez prawie 30 lat żyli w kłamstwie tylko przeze mnie i Ray’a nic nam o tym nie mówiąc. Czuję się jak niepotrzebna kłoda, która przeszkodziła im na drodze.
- Roxy spróbuj ich zrozumieć. Poświęcili swoją młodość, by wychować was w pełnej, szczęśliwej rodzinie. Powiedz, czy kiedykolwiek czułaś, że nie możesz wrócić do domu? Czy kiedykolwiek pomyślałaś, że w tym domu jest Ci źle? Twoi rodzice popełnili błąd, ale starali się go naprawić. Może nie byli w sobie zakochani do końca, może po jakimś czasie przestało im na tym kompletnie zależeć, ale robili to dla was. Z miłości do was. Nie wiem, co powinnam ci poradzić w sprawie twojego małżeństwa, bo właściwie niewiele o tym wiem. Na pewno nie jest łatwo. Jest jednak ktoś, kto z pewnością mógłby ci pomóc. I myślę, że jako matka, powinnaś wiedzieć, że dla swoich rodziców byłaś największym szczęściem, a nie kłodą na drodze. – przez chwilę Roxy wpatrywała się ze zdziwieniem w brunetkę, po czym uśmiechnęła się szeroko i przytulając się do niej stwierdziła:
- Jesteś najlepszą przyjaciółką jaką kiedykolwiek miałam.


And I feel so free
Yeah, I feel alright
Never thought I'd feel
Like I feel tonight

komentarze [11]

#16:It's only pain, it only hurts >> piątek, 18 lipica 2008 22:54:23

"It's not my style
It's not my way
To see the future
In shades of grey
Though I still can't bring myself to say
That you don't matter anymore"

Załapała się na samolot do Nowego Jorku jeszcze następnego dnia. W tempie błyskawicznym spakowała do walizki najpotrzebniejsze rzeczy dla siebie i Lily, po czym wraz z Pierre’em udała się na lotnisko w Montrealu. Choć obiecywała mu, ze postara się uporać z tym jak najszybciej będzie to możliwe, jakoś nie była przekonana, że uda się jej tego dokonać. Może i nie miała racji, albo też zachowywała się jak totalna egoistka, jednak denerwował ją fakt, że Pierre nie potrafił tak po prostu zrozumieć, że rozwód rodziców, którzy żyli w małżeństwie od 28 lat, nie jest tak do końca prostą sprawą. Zadręczała się myśleniem o tym przez całą podróż, nie mogąc nawet zmrużyć oka choć przez chwilę. Była tym wszystkim zdruzgotana. I bynajmniej nie chodziło dokładnie o sam fakt, że rodzice mogliby już razem nie mieszkać. Nie. Roxy była właśnie świeżo upieczoną mężatką i ponad wszystko wierzyła, że to już na zawsze. Sądziła, że małżeństwo z miłości było więzią nierozerwalną, zaś wszelkie rozwody, które orzekane były na sali sądowej uważała za nieporozumienie ze strony obojga małżonków. Naiwność? Być może. Ona jednak nie chciała wierzyć, że tak bardzo zżyte związki mogą nagle zniknąć. Na samą myśl, że kiedykolwiek mogłaby rozstać się ze swoim mężem, którego przecież tak bardzo kochała, robiło jej się niedobrze i dziwnie pusto. A tymczasem nagle spadła na nią wiadomość, niczym kubeł zimnej wody, że można zażądać rozwodu nawet po 28 latach małżeństwa.
- Roxy? Co Ty tutaj robisz? Miałaś być w Montrealu.
- Od kiedy to witasz swoją córkę, której rok nie widziałaś, w ten sposób? – zapytała Roxanne z coraz większym uśmiechem wpatrując się w swoją zdziwioną niespodziewanymi odwiedzinami rodzicielkę.
- Wejdź kochanie. – odparła z uśmiechem zabierając jej małą Lily. – A gdzie Pierre?
- W Montrealu. – odparła zamykając za sobą drzwi. Julie spojrzała na nią zatroskanym wzrokiem.
- Coś się stało? Pokłóciliście się?
- Nie, wszystko w porządku. A właściwie to nawet lepiej niż w porządku. – stwierdziła uśmiechając się promiennie. – Mamo, jestem już mężatką. – dodała z dumą pokazując obrączkę na swojej dłoni.
- To wspaniale, Roxy. Gratuluję! Ale dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?
- Przepraszam, to stało się tak nagle... – rozmarzonym wzrokiem patrzyła w sufit. - Ale jeszcze nie wszystko stracone - wesele i ślub kościelny planujemy załatwić, gdy Pierre wróci z trasy. – dodała z promiennym uśmiechem.
- Czyli jednak zobaczę Cię w białej sukni. Bardzo się cieszę. – powiedziała kierując się do kuchni i wciąż uśmiechając się do Lily, którą trzymała w ramionach. – Herbaty? – zaproponowała wyciągając z szafki dwa kubki.
- Poproszę. – odparła Roxanne siadając przy stole, który tak dobrze pamiętała z dzieciństwa. Pamiętała te poranki, gdy na szybko jadła zrobione przez mamę śniadanie, by nie spóźnić się do szkoły i te beztroskie popołudnia, gdy wraz z tatą i Ray’em grali w scrabble, a mama krzątała się w kuchni piekąc ciasta. Na samo wspomnienie jednak o ojcu i rozmowie, którą nie miała pojęcia w jaki sposób zacząć, od razu spochmurniała. – Mamo...- zaczęła niepewnie.- Dlaczego chcesz się z nim rozwieść? – zamiast odpowiedzi usłyszała tylko trzask rozbijającego się o podłogę szkła, a zaraz potem płacz Lily. Zerwała się na równe nogi i wziąwszy małą na ręce poszła do swojego pokoju.

- Przepraszam. – usłyszała cichy szept Julie, która delikatnie uchyliła drzwi pokoju Roxanne.
- Możemy teraz porozmawiać? – zapytała blondynka patrząc w jej stronę chłodnym spojrzeniem.
- Tutaj?
- Nie. Wolałabym nie zbudzić Lily. Zaraz zejdę na dół.

Nie wiedziała, czego się spodziewać. Być może nawet bała się tej rozmowy tak samo, jak jej matka, jednak nie chciała tego w jakikolwiek sposób okazywać. Wolała udawać zimną sukę, którą tak naprawdę nic nie obchodziło, choć w rzeczywistości i tak jej się to nie udawało.
- Dlaczego? – zapytała siadając znów przy tym stole na przeciwko swojej matki wpatrującej się w zachmurzone za oknem niebo. – Byliście ze sobą ponad 28 lat!
- Roxy, to zbyt skomplikowane... Po prostu oboje doszliśmy do wniosku, że tak będzie najlepiej. Nawet gdybym chciała Ci to wytłumaczyć... Nie zrozumiałabyś...
- „Tak będzie najlepiej.” O mój Boże! Mamo, czy Ty go kiedykolwiek kochałaś? – zapytała z oburzeniem.
- Kochałam. – odparła patrząc beznamiętnym wzrokiem w stół i bawiąc się jednym z pierścionków na swoim palcu. Już nie nosiła obrączki.
- Więc... dlaczego? – zapytała ponownie nieco spokojniejszym głosem.
- Bo widzisz Roxanne... – zaczęła tym razem patrząc już w jej oczy. – Czasami miłość po dłuższym czasie już nie wystarcza. Jedno oczekuje od drugiego czegoś innego, coraz więcej wyrzeczeń... Ja po prostu nie potrafię z nim już dłużej żyć, Roxy...Wiem, że trudno Ci w to uwierzyć, ale... Czasami tak się po prostu dzieje...
- Jesteś tego pewna? – zapytała po chwili zastanowienia. – Przecież jeszcze tak niedawno... wszystko było w porządku.- spojrzała z nadzieją na zaszklone od łez niebieskie oczy Julie.
- Nigdy nie było w porządku.
- Ale...
- Zaczekaj. – chwyciła jej delikatną dłoń, by powstrzymać ją od kolejnych komentarzy. – Nigdy Ci tego nie mówiłam, jednak chyba najwyższy czas byś dowiedziała się prawdy. – wzięła głęboki wdech i upewniając się w duchu, że dobrze postępuje ciągnęła dalej – Kiedy wyszłam za Twojego ojca miałam 21 lat. Byłam wtedy jeszcze głupia i jak każdy popełniałam błędy. Zresztą do dziś je popełniam. – westchnęła uśmiechając się delikatnie na samo wspomnienie dawnych lat – Miesiąc po tym jak z nim zerwałam, okazało się, że jestem w ciąży. Powiedziałam mu o tym, ale z początku nie przejął się tym nadmiernie. Dopiero po kilku miesiącach postanowił ze mną porozmawiać i zapytać, co zamierzam z tym zrobić. Wiedziałam, że urodzę Ray’a i nie chciałam już zmieniać decyzji. A on wtedy powiedział, że mi pomoże. – spojrzała znów na Roxy, która próbowała powstrzymać cisnące się do jej oczu łzy. Miała wrażenie, jakby słuchała streszczenia jakiegoś filmu o sobie, z kilkoma tylko zmienionymi faktami. - Gdy urodził się Ray, pomyśleliśmy, że warto by było zapewnić mu wychowanie w pełnej rodzinie. Oboje go pokochaliśmy i chcieliśmy dla niego jak najlepiej. Zostałam więc panią Ryan, łudząc się wciąż, że byłam prawdziwie szczęśliwa. Potem urodziłaś się Ty, a my staraliśmy się być jak najlepszymi rodzicami dla was obojga. A teraz, kiedy już tak naprawdę nic nas nie łączy, Ty i Ray macie już swoje rodziny, postanowiliśmy ułożyć sobie życie na nowo. Na to w końcu nigdy nie jest za późno. I dlatego chcemy się rozwieść. – Roxy wpatrywała się zdziwionym wzrokiem w swoją matkę, która to wszystko potrafiła opowiedzieć z takim spokojem. Nie mogła w to uwierzyć. Miała nadzieję, że za chwilę obudzi się w Montrealu, w pokoju Pierre’a, a to wszystko okaże się być tylko złym snem.
- I wiesz, co sobie po tak wielu latach uświadomiłam? Że małżeństwo, tak naprawdę, nie daje żadnej gwarancji na trwałość uczucia. Miłość w końcu by trwać nie potrzebuje małżeństwa. – w głowie Roxanne zapanował chaos. Jej myśli pojawiały się i znikały z prędkością światła, a ona nie potrafiła nad tym zapanować. Chciała zapytać o tak wiele rzeczy, a w rezultacie nie wypowiedziała ani słowa.
- Roxy, wiem, że to wszystko...
- Jak mogłaś?! Jak mogłaś mówić mi, że popełniłam wielki błąd, kiedy Ty sama zrobiłaś to samo?! – przerwała jej gwałtownie wstając z krzesła. – Pouczałaś mnie przez cały czas, powtarzałaś, że nie powinnam tego robić, oskarżałaś Pierre’a, a teraz...- nie potrafiła z siebie już nic więcej wydusić. Rozpłakała się siadając znów na krześle i schowała twarz w dłoniach.
- Przepraszam. Chciałam Cię po prostu uchronić przed popełnieniem tego samego błędu, co ja. Wiem, że to bez sensu, ale Roxanne, spróbuj mnie zrozumieć.
- Zrozumieć?! – prychnęła. – Nie rozumiem już nawet samej siebie! Nie rozumiem, co w ogóle tutaj jeszcze robię. Może lepiej byłoby, gdybym nadal żyła w tej niewiedzy. – odparła po chwili wycierając z twarzy kolejne łzy, po czym szybkim krokiem udała się do swojego pokoju.
- Dokąd idziesz? – usłyszała głos Julie, gdy postawiła walizki w przedpokoju.
- Do domu. Nie martw się, Lily też zabieram.
- Ale Twój dom jest też tutaj.
- Teraz już nie. – stwierdziła z bólem w oczach patrząc na matkę. Pospiesznie ubrała sweter i z Lily w ramionach niemal wybiegła z domu.

Nie czuła się zmęczona. Nie czuła się też w pełni sił, ani szczęśliwa, ani zrozpaczona. Tkwiła w pustce. W ogromnej pustce, która wydawała się nie mieć dna i pochłaniać wszystko, co napotka na swojej drodze. Dopóki wylewała przez godzinę łzy widziała jeszcze w tym wszystkim jakiś sens. Nawet uśmiechnęła się do swojej maleńkiej córeczki, która , jakby wyczuwając, że coś jest nie tak, zapragnęła znaleźć się w ramionach mamy. Ta mała istotka, która jako jedyna była przy niej zawsze, potrafiła wywołać ten jedyny w swoim rodzaju, szczery uśmiech na twarzy Roxanne. Za każdym razem, gdy spojrzała w jej radosną, uśmiechniętą wciąż buzię widziała Pierre’a. Była tak bardzo podobna do swojego taty...
Do północy siedziała przy jej łóżeczku i wsłuchiwała się w jej spokojny oddech. Nie chciała się stamtąd ruszać, bo czuła, że tylko obecność Lily działała na nią kojąco. Kiedy poczuła się zmęczona, pomyślała, że może uda się jej już zasnąć. Zostawiając otwarte drzwi do pokoju Lily zeszła bezszelestnie do salonu i wyciągnęła z barku czerwone, pół-wytrawne wino, które trzymała na specjalną okazję. Może nigdy nie miała na myśli właśnie takiej okazji, czuła jednak, że tylko na to miała właśnie ochotę. Zapaliła jedną ze świeczek o zapachu waniliowym, nalała do kieliszka tego urzekającego swą rubinową barwą płynu i wygodnie rozsiadła się w fotelu. Jeszcze raz próbowała poukładać sobie wszystko w głowie. Wciąż dźwięczały w jej uszach, jak natrętne, słowa jej matki „Małżeństwo, tak naprawdę, nie daje żadnej gwarancji na trwałość uczucia”. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo były prawdziwe, nigdy jednak nie chciała dopuścić ich do siebie. Wybierała słodką niewiedzę, naiwność i wiarę w cholerne „będą żyli długo i szczęśliwie”. Historia jej matki była jednak tak boleśnie uderzająco podobna do historii jej i Pierre’a, że aż bała się o tym wszystkim myśleć. Obiecała, że do niego zadzwoni, ale po tym wszystkim, co usłyszała od własnej matki, nie miała ochoty na żadną rozmowę. Szczególnie z własnym mężem. I kiedy po kilkunastu minutach w pokoju rozbrzmiał dzwonek telefonu, spojrzała tylko w jego stronę z odrazą, po czym znów napełniła pusty kieliszek winem.
- Roxy, nie wiem co się dzieje i dlaczego nie dajesz znaku życia, ale martwię się o was. Jeśli możesz to zadzwoń jak najszybciej. Kocham Cię, ucałuj ode mnie Lily.
- Ja Ciebie też kocham, Pierre...- szepnęła do pustki, która znów ogarnęła wszystko, gdy Pierre postanowił odłożyć słuchawkę. Widocznie nagrywanie się na pocztę głosową nie za bardzo go satysfakcjonowało. Czuła się jak idiotka. Jakby znalazła się w jakimś show zarabiającym na ludzkich wpadkach. Była wściekła na siebie za to, że tak bardzo było jej żal matki, kiedy wmawiała jej kolejne kłamstwa. Zawsze marzyła o tym, by spotkać takiego mężczyznę, z którym mogłaby być tak samo szczęśliwa jak Julie, by żyć w tak wspaniałym małżeństwie, które nagle okazało się zwykłym kłamstwem. Zaczęła w końcu obwiniać siebie i Ray’a, że to przez nich rodzice nie mogli zakosztować smaku prawdziwego szczęścia. W końcu, gdyby się nie pojawili, kto wie jak potoczyłyby się losy tych dwojga ludzi, których miała wrażenie, właściwie w ogóle nie znała.

Spędziła w Nowym Jorku raptem 3 dni. Nie rozmawiała już z matką, ani też ojcem, o którym nawet nie miała pojęcia, gdzie się podziewa. Odwiedziła redakcję, porozmawiała z Jane przy kawie, która była zachwycona córeczką Roxy i spotkała się z Ray’em, by i on dowiedział się prawdy, po czym zarezerwowała najwcześniejszy lot do Montrealu. Czuła, że jedynie z dala od tego miasta, mogła wszystko jeszcze raz sobie poukładać. Choć, właściwie, co tu było do układania? W końcu nie pozostało już nic. Nic nie trzymało jej w Nowym Jorku. Może oprócz pracy w redakcji, do której przecież już przywykła. Po raz kolejny w tempie błyskawicznym wrzucała wszystko do walizek i po raz kolejny nie zmrużyła oka podczas całej podróży. Czuła się wycieńczona, a mimo to myśli nie dawały jej spokoju. Zastanawiała się, czy powiedzieć prawdę Pierre’owi, czy może lepiej wszystko przed nim zataić. Co chwilę spoglądała na roześmianą twarz Lily, której zazdrościła tego błogiego spokoju. Chciała dla niej jak najlepiej, jednak przez cały czas, od rozmowy z mamą, przechodziła przez jej głowę myśl, czy aby nie wyszła za mąż tylko dla swojej córeczki. Za każdym razem powtarzała sobie jednak, że Pierre to jedyny mężczyzna, którego tak bardzo pokochała. Wiedziała, że to u jego boku pragnie budzić się co rano i zasypiać wieczorem, ale wciąż towarzyszyła jej to niemiłe uczucie, coś jakby... niepewność?
Gdy o godzinie 9.45 wylądowała na lotnisku w Montrealu, Pierre już na nią czekał. Od razu poczuła się lepiej na widok jego szczerego uśmiechu i tych czarujących oczu. I nagle wszystkie wątpliwości znikły tak szybko, jak tylko się pojawiły.
- Powiesz coś wreszcie? – zapytał Pierre, gdy Roxanne układała w jego szafie swoje ubrania.
- To znaczy?
- Co z Twoimi rodzicami.
- Nic. – mruknęła, marząc o tym, by ktoś zadzwonił teraz na jego telefon. Nie chciała jeszcze o tym rozmawiać, ale czuła, że to nieuniknione. Z przesadną dokładnością poprawiała kolejny sweter, by nie spojrzeć w jego twarz.
- Jak to „nic”?
- Po prostu nic. Pierre, czy to tak trudno zrozumieć? – odparła z niezadowoleniem, zamykając powoli drzwi szafy, wciąż stojąc do niego tyłem.
- Roxy... co się stało? – czuła, że jest tuż za nią. Próbowała się opanować, jednak na marne.
- Pierre... Dlaczego prawda czasem tak bardzo boli? – zapytała łkając, po czym z całej siły wtuliła się w jego ramiona.
- Nie wiem, kochanie. – odparł nieco zdezorientowany, gładząc delikatnie jej falowane, blond włosy. Minęło zaledwie kilka dni, a on już tęsknił za jej zapachem. Wydawała mu się taka bezbronna i krucha, kiedy wylewała łzy w jego ramiona. Tak bardzo jednak cieszył się, że znów może poczuć jej ciepło, usłyszeć jej głos. Kochał ją, był tego pewien i jedynym czego się obawiał, była zbliżająca się wielkimi krokami trasa koncertowa. Wciąż nie potrafił wyobrazić sobie powrotu do tego życia... bez niej.

komentarze [20]

#15: untitled >> czwartek, 10 lipica 2008 22:35:33

Dziś wypada pierwsza rocznica istnienia tego bloga.
Ta notka miała być czymś w rodzaju prezentu, ale jakoś mi się nie podoba...

- Pierre...?
- Uhmmm.
- A co z muzyką? – zapytała pewnego słonecznego majowego poranka, rysując opuszkami palców niezidentyfikowane znaki na jego klatce piersiowej. Od niepamiętnych czasów Lily wreszcie spała spokojnie, a to pytanie chodziło już za nią od dłuższego czasu. Pierre momentalnie otworzył oczy i spojrzał na Roxy wpatrującą się w niego zatroskanym wzrokiem.
- A co ma być? – odpowiedział pytaniem.
- Nie wiem. To Ty mi powiedz. – ułożyła wygodnie głowę na jego barku i kładąc znów dłoń na jego klatce piersiowej zapytała ponownie – Jak zamierzasz pracować skoro wasze studio znajduje się w Kanadzie?
- Jeszcze o tym nie myślałem. Uzgodniliśmy razem z chłopakami, że przyda nam się dłuższa przerwa, więc na razie nie musimy zaprzątać tym sobie głowy.
- Ale ta dłuższa przerwa kiedyś się skończy. Dlaczego chcesz więc to odkładać na ostatnią chwilę, kochanie? Ja zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że będziesz musiał wyjechać, ale... Mam wrażenie, że przestało Ci zależeć...
- Roxy, nie rozumiem Cię. Jest miły, wyjątkowy poranek, jedyny, który możemy spędzić tylko we dwoje, a Ty pytasz mnie o to, co będzie jak wyjadę...- blondynka westchnęła ciężko odwracając się na swoją poduszkę. Czuła się winna. Winna temu, że przez nią on musi rezygnować z tego, co tak bardzo kochał.
- Myszka... Co się dzieje? – zapytał całując jej nagie ramię.
- Pierre, ja nie chcę żebyś zrezygnował z muzyki tylko dla mnie i dziecka. Obiecaj, że tego nie zrobisz, proszę...
- Ale ja nie zamierzam z tego rezygnować. – odparł drażniąc oddechem jej szyję. – Muzyka zawsze była dla mnie wszystkim. I nie wyobrażam sobie bez niej życia. Tak jak bez Ciebie i Lily...- nie mogła powstrzymać uśmiechu zadowolenia.
- A co z Kanadą? – zapytała po chwili.
- Do tego jeszcze trochę czasu zostało. – odpowiedział gładząc dłonią jej ramiona. – W najgorszym wypadku zabiorę was ze sobą. – dodał czując, że poprzednia odpowiedź nie do końca satysfakcjonowała Roxanne. – Czy teraz mogę liczyć na nagrodę?
- To zależy jaką...- szepnęła przygryzając delikatnie jego dolną wargę.
- Najlepszą nagrodą będziesz Ty. – odparł równie cicho opuszkami palców wędrując po każdej cząstce jej ciała, po czym zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem. Roxy jednak nie była przekonana, co do argumentów Pierre’a. Miała wrażenie, że całkowicie zatracił gdzieś swoją miłość do muzyki, która przecież do niedawna była dla niego najważniejsza w życiu. Nie chciała by ani ona, ani też Lily stały się powodem tej nagłej przemiany. Dopóki jednak nikt z zespołu nie dzwonił postanowiła nie zaprzątać tym sobie głowy. Uważała, że tak było najbezpieczniej.

Odkąd Pierre odkrył, że rodzina może być tak wielkim skarbem, nie chciał by jego życie w jakikolwiek sposób uległo znów zmianie. Owszem, myślał o muzyce w każdej wolnej chwili. Kiedy Lily płakała on zastanawiał się nad dźwiękami gitary, kiedy słuchał oddechu Roxy podczas snu myślał o nowej piosence. Tak, chciał napisać dla niej piosenkę, jednak odkąd Lily pojawiła się w jego życiu zaczynało brakować mu czasu dla swojej gitary. A może to raczej Pierre robił wszystko, by zapomnieć o zbliżającej się pracy nad nową płytą, a później kolejną trasą koncertową. I nie obawiał się tego, że zmuszony będzie do wyjazdu do Kanady, był przecież pewien, że Roxy wyjedzie razem z nim, ale bał się powrotu do tego zwariowanego życia podczas trasy. Był nowym człowiekiem i nie wyobrażał sobie już codziennych imprez, alkoholu w ogromnych ilościach i pięknych, napalonych dziewczyn wokół niego. Chociaż jeszcze do niedawna to wszystko było jego życiem, teraz nie mógł znieść świadomości, że znów do tego wróci. Nie chciał jednak, by Roxy wyczuła, że coś jest nie tak. Gdy tylko zaczynała temat o muzyce, starał się delikatnie uniknąć wszelkich pytań i zacząć rozmowę o czymś innym.
Przez kilka kolejnych miesięcy cieszył się mając przy sobie dwa największe skarby w jego życiu. Był dumny z bycia ojcem. Uwielbiał te wiosenne, a później i letnie spacery z Roxy u boku i maleńką Lily w wózku. Z przyjemnością towarzyszył swojej przyszłej żonie w zakupach, mimo iż nie miał zielonego pojęcia, jakich dokładnie pampersów potrzebowała Lily. Po prostu - był szczęśliwym tatusiem i posiadaczem najwspanialszej kobiety jaką kiedykolwiek mógł spotkać.
Dopiero ten jeden telefon, który odebrał tego wrześniowego popołudnia nagle wszystko odmienił.
- Kto dzwonił? – usłyszał za sobą głos Roxanne, która powoli zmierzała w jego kierunku trzymając Lily w ramionach.
- Patrick.
- Taaa, to wiele wyjaśnia. A dokładnie o co chodzi? Tylko nie mów, że o nic, bo Twoja mina zdradza wszystko.
- Jedziemy do Montrealu.
- Co? – zapytała patrząc na niego zdziwionym wzrokiem.
- Zaczynamy pracę nad nową płytą. To trochę potrwa, więc...
- Jak długo miałabym tam być?
- Nie wiem. To zależy.
- Od czego? Przecież nie nagrywasz pierwszej płyty Pierre. – zauważyła blondynka z lekkim zdenerwowaniem.
- Ale kochanie... To skomplikowana sprawa. – westchnął czując, że wkracza na niebezpieczny teren. – To może być kwestia roku, czasem nawet trochę dłużej...
- Gdzie chcesz mieszkać?
- W domu moich rodziców. – odparł niepewnie.
- Ach tak, jasne. – skierowała swój wzrok na Lily, po czym udając, że ta rozmowa nie zrobiła na niej większego wrażenia ruszyła w kierunku schodów.

- Jesteś zła? – zapytał jeszcze tego samego wieczoru, gdy wyszła z łazienki i siadając na łóżku zaczęła smarować nogi balsamem o zapachu owoców cytrusowych.
- A dlaczego miałabym być zła? – odpowiedziała pytaniem nawet na niego nie patrząc.
- Nie wiem. Ale wszystko wskazuje na to, że...
- Pierre. – przerwała mu stanowczym głosem tym razem odwracając się już w jego stronę - Ja po prostu... Jeszcze nie jestem na to wszystko gotowa. – westchnęła cicho – Nie zrozum mnie źle, bo obiecuję, że ja i Lily wyjedziemy z Tobą kiedy tylko będziesz tego chcieć, ale... Dziwnie się czuję ze świadomością, że za niedługo zamknę drzwi tego domu nie mając pojęcia, kiedy znów do niego wrócę. Nie potrafię przyjąć do świadomości tego prostego faktu, że ta sielanka dobiega już końca. – wstała i z ociąganiem skierowała się znów do łazienki.
- To, że zmienimy miejsce zamieszkania nie oznacza przecież, że nagle wszystko musi się zmienić. – usłyszała po chwili jego głos, gdy oparta o umywalkę wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Nawet nie zauważyła, kiedy pojawił się obok niej.
- Wiem, ale... To zbyt skomplikowane.
- Nie kochanie, to nie jest skomplikowane. To tylko kwestia przyzwyczajenia. – szepnął obejmując ją w talii i drażniąc oddechem jej skórę przesuwał palcem po jej nagim ramieniu. Powoli zsuwał ramiączko jej piżamy, kiedy rozległo się tak dobrze znane im już kwilenie małego dziecka. Roxy spojrzała smutnymi oczyma w jego twarz i wyszła z pomieszczenia zostawiając go na samotną walkę z własnymi myślami.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyła Montreal, pomyślała że właściwie nie wiele różni się od Nowego Jorku. Ten sam tłum pędzący na przód nie wiadomo ku czemu, te same ogromne budynki, zapełnione restauracje, kawiarnie i tysiące samochodów na ulicy. Brakowało tylko tych charakterystycznych żółtych taksówek. Ale w końcu, czy to jakaś wielka różnica?
Czuła się dziwnie ze świadomością, że od teraz właśnie tutaj będzie mieć swój dom. Pierre niemal przez całą drogę zapewniał ją, że Montreal wcale nie jest taki zły, że jego rodzice bardzo ja polubili, a poza tym będzie przy niej w każdej wolnej chwili. Wierzyła mu, w końcu go kochała, jednak mimo iż jeszcze nigdy nie była związana z żadnym muzykiem, doskonale zdawała sobie sprawę, że dla takiego mężczyzny nie istnieje pojęcie wolnej chwili.
- To Twój dom? – zapytała, gdy taksówka zatrzymała się przed jednym z większych domów w okolicy.
- Właściwie teraz to już moich rodziców.
- Robi wrażenie.
- Mam nadzieję, że się tu szybko zaaklimatyzujesz. – stwierdził skradając jej krótkiego całusa.
- Ja też.
Weszli do wielkiego przedpokoju domu państwa Bouvier, Pierre taszcząc za sobą walizki a Roxy z małą Lily w ramionach, która od godziny już słodko spała. Z kuchni dochodził ich miły zapach, wskazujący na to, że szykował się wspaniały obiad, zaś z salonu dało się dosłyszeć odgłosy strzelaniny, zapewne z jakiegoś filmu sensacyjnego. Z uśmiechem na twarzy powoli podążając za brunetem, który próbował uporać się z bagażami na schodach, rozglądała się wokół siebie raz po raz spoglądając na swoją córeczkę, czy nadal śpi. I choć swój dom w Nowym Jorku uważała za najpiękniejszy z wszystkich nie kryła podziwu i zadowolenia z tego, że na jakiś czas będzie mogła pomieszkać w tym wielkim, ale przytulnym budynku. Ściany, choć utrzymane w ciemnej tonacji kawy z mlekiem sprawiały wrażenie zachęcających do dalszego zwiedzania kolejnych pomieszczeń. Zawiłe schody z drewnianą poręczą i kolejny holl, aż w końcu zatrzymali się naprzeciwko mahoniowych drzwi.
- To mój pokój. – stwierdził Pierre trzymając już dłoń na klamce. – Zanim jednak do niego wejdziemy chciałbym Cię uprzedzić, że dawno mnie tu nie było.
- To znaczy, że...- nie zdążyła nawet dokończyć, gdy zobaczyła przed sobą porozrzucane po całym pokoju ubrania Pierre’a, kawałki pociętych kartek, książki i płyty. – Czy przez Twój pokój przeszedł może niedawno jakiś huragan? – jęknęła cichym głosem.
- Coś w tym rodzaju.
- W takim razie trzeba tu posprzątać. Kochanie, ale gdzie będzie spać Lily? – zapytała po chwili rozglądając się niepewnie po jego pokoju.
- O to się nie martw. Pomyślałem o wszystkim. – odparł z dumą i wprowadził ją w głąb pomieszczenia.
- Wiem, że to nic w porównaniu z łóżeczkiem, które mamy w domu, ale tylko tyle udało się mojej mamie załatwić. A te maskotki, to z pewnością jej pomysł.
- Są śliczne. – stwierdziła Roxanne podchodząc do niewielkiego drewnianego łóżeczka i z uśmiechem na ustach patrząc na pluszowego misia. – Ale nie zamieszkam tu dopóki nie zapanuje tu porządek.
- Tak jest przyszła pani Bouvier. – odparł z zadowoleniem Pierre całując ją delikatnie w policzek.
Mimo wszelkich obaw Roxy, wszystko zaczęło się dobrze układać, a po jakimś czasie ona sama uświadomiła sobie, iż wszelkie nachodzące ją myśli były bezpodstawne. Oczywiście Pierre najczęściej przebywał poza domem, jednak panna Ryan wcale nie narzekała na towarzystwo państwa Bouvier, którzy bez przerwy potrafili zachwycać się swoją maleńką wnuczką. Ona zaś lubiła pomagać swojej przyszłej teściowej w kuchni, chodzić na jesienno-zimowe spacery ulicami, których jeszcze nie znała, czy po prostu posłuchać muzyki z płyt Pierre’a, które sama ułożyła mu w szafce w kolejności alfabetycznej.
Po raz pierwszy w swoim życiu święta Bożego Narodzenia spędziła z dala od Nowego Jorku i rodziny. Jeszcze nigdy nie miała okazji spacerować w tak ogromnej ilości śniegu w dniu, w którym temperatura przekraczała – 12oC. Czuła się dziwnie idąc na zakupy w Montrealu bez swojej matki, która przecież zawsze o wszystkim tak dobrze pamiętała. Polubiła to miasto, ale mimo to tęskniła za Nowym Jorkiem, za swoim domem i rodzicami. Jedynie Pierre potrafił pocieszyć ją myślą, że kolejne święta, kiedy już będą małżeństwem, spędzą tylko w trójkę w ich domu. Jak więc mogła się dłużej dąsać?
Była szczęśliwa strojąc choinkę wraz z panią Bouvier i śpiewając przy tym Last Christmas z wielkim uśmiechem na ustach. Cieszyła się każdym dniem jak małe dziecko oczekujące na wspaniały prezent, którym zresztą w końcu okazał się pierścionek zaręczynowy od Pierre’a. Zapomniała znów o całym świecie i żyjąc jak w bajce tylko z Lily i swoim narzeczonym zastanawiała się czym zasłużyła sobie na takie szczęście.

Jeszcze w kwietniu postanowili się pobrać. Oboje jednak uzgodnili, że na początek wystarczy im tylko ślub cywilny, a kiedy już Pierre wróci z trasy, rozpoczną przygotowania do wielkiego wesela. Obyło się więc bez wielkiego tłumu, w obecności rodziców Pierre’a oraz David’a i jego dziewczyny jako świadków. Jedyne, czego Roxanne nie mogła odżałować, to nieobecność na tej uroczystości jej najlepszej przyjaciółki i rodziców. To wszystko tak szybko się wydarzyło, że nawet się nie obejrzała, gdy w swoich dokumentach widniało już jej nowe nazwisko: Roxanne Bouvier. Była tym wszystkim tak bardzo podekscytowana (zresztą nie więcej niż Pierre, który jednak zmianę poczuł tylko na serdecznym palcu swojej prawej dłoni), iż całkowicie zapomniała powiadomić o tym, choć telefonicznie, swoich rodziców. Jakież jednak było jej zdziwienie, gdy po miesiącu, w słuchawce usłyszała głos sekretarki: „Dodzwoniłeś się do Julie Ryan. Niestety nie mogę teraz odebrać. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału.” I wcale nie była zaskoczona ową elektroniczną pocztą. Czuła, że coś jest nie tak, skoro po tylu latach nie usłyszała słów „Dodzwoniłeś się do państwa Ryan.” Przez myśl przechodziły jej już najczarniejsze scenariusze, szybko jednak miała okazję przekonać się jak było w rzeczywistości.
- Kocham Cię, Roxy.
- Ja Ciebie też, Pierre – odparła z uśmiechem na twarzy czując jego ciepłą dłoń wędrującą wzdłuż jej uda. Była dopiero, a może już, 1 w nocy, oni jednak nie spali mając niespełna pół nocy przed kolejną rozłąką na co najmniej 15 godzin. Mimo tego wciąż czuli się najszczęśliwszą parą pod słońcem. Być może to właśnie tęsknota tak bardzo ich do siebie zbliżała. Im jednak było wszystko jedno. Ona roztapiała się pod wpływem dotyku jego dłoni i pocałunków składanych na niemalże każdym centymetrze jej ciała, on zaś za każdym razem zachłannie do niej przylegając próbował na pamięć nauczyć się zapachu jej włosów, jej szybkiego i płytkiego oddechu i cichego szeptu.
- Nie odbieraj. – jęknął cicho, gdy w pokoju rozbrzmiał dzwonek jej telefonu.
- Może to coś ważnego.
- O 1 w nocy? – zapytał niechętnie się od niej odsuwając.
- Cześć Roxy. To ja Ray. Nie mam pojęcia, która jest teraz godzina w Montrealu, ale nie mogę z tym dłużej czekać.
- Jeśli chcesz mi powiedzieć, że zostaniesz ojcem, to...
- Roxanne, to poważna sprawa. – przerwał jej ostrym tonem.
- Coś się stało?
- Właściwie to tak.
- Ray... Przerażasz mnie. – jęknęła niepewnym głosem oczekując na wszelkie możliwe niezbyt radosne wieści.
- Mam nadzieję, że siedzisz na czymś wygodnym.
- Właściwie to leżę. Nie owijaj w bawełnę. – stwierdziła coraz bardziej się niecierpliwiąc.
- Rodzice się rozwodzą. – zapadła głucha cisza. Oboje nie wiedzieli co powiedzieć, a Pierre tylko z zaciekawieniem przyglądał się sylwetce swojej żony.
- Powiedz, że żartujesz.
- Chciałbym.
- Mam tam przyjechać? – zapytała po chwili zastanowienia.
- Nie. Nie wiem. Roxy, nie mam pojęcia co robić. Mam wrażenie, że im odbiło.
- Przyjadę. Daj mi kilka dni. Zobaczymy, co da się zrobić. – stwierdziła siląc się na spokojny głos, po czym odłożyła słuchawkę i westchnęła.
- Co się stało? – usłyszała po chwili głos Pierre’a.
- Moi rodzice się rozwodzą.
- Jak to się rozwodzą?
- Nie wiem. To wszystko jest jakieś chore. – szepnęła smutnym głosem i wtuliła się w jego ramiona.
- Kiedy chcesz wyjechać?
- Jak najszybciej będzie to możliwe.
- Pojadę z Tobą. – zaproponował wciąż gładząc jej nagie ramię. Choć w pokoju panował mrok od razu spostrzegła jego twarz. Przez chwilę zawahała się, po czym zaczęła niepewnym tonem:
- Kochanie, ale... Ja nie zamierzam już wracać. – wzięła głęboki wdech i opierając się plecami o ścianę oklejoną milionem plakatów ulubionych zespołów Pierre’a próbowała jak najspokojniej wszystko wytłumaczyć – Nie zrozum mnie źle, ale już za 2 lub 3 miesiące wyjeżdżacie w trasę. Na mnie czeka praca w Nowym Jorku i obawiam się zresztą, że tak szybko nie uda mi się wykrzesać zdrowego rozsądku u moich rodziców. Poza tym wolałabym to załatwić sama...
- Skoro tak wolisz. – mruknął pod nosem, po czym odwrócił się twarzą do ściany próbując zasnąć.
- Pierre... Proszę, nie bądź na mnie zły. Przecież będziemy cały czas utrzymywać kontakt telefoniczny.- próbowała przekonać go wplatając swoje dłonie w jego włosy.
- I Lily pewnie też zabierzesz... – stwierdził ignorując to co powiedziała.
- Skarbie, przecież nie zabierzesz jej w trasę.
- Roxanne, posłuchaj mnie. – uniósł się na prawym łokciu zwracając tym samym twarz w jej stronę i stanowczym głosem zaczął mówić – Jesteśmy małżeństwem zaledwie jeden miesiąc. Ja za niedługo wyjeżdżam w trasę i uwierz mi - nie zamierzam prędzej Cię opuszczać. Ty tymczasem oświadczasz mi, że tak po prostu wyjeżdżasz, najlepiej jak najprędzej to możliwe a co więcej nie zmierzasz już tu wracać. Wiesz jak się poczułem? Jak niepotrzebny towar, który już Ci się znudził. A może Tobie nie zależy już na tym małżeństwie?- Roxy z niedowierzaniem i narastającym gniewem w oczach wpatrywała się w niezbyt wyraźną w ciemności twarz Pierre’a i z oburzeniem wysłuchiwała jego, jak sądziła, idiotycznych powodów, które wyssał z palca.
- Pierre, co Ty wygadujesz u diabła?! – zapytała nieco uniesionym głosem próbując się opanować w obawie, że zbudzi Lily. – Moi rodzice się rozwodzą, jak więc mogę się tym nie przejmować i żyć jak pączek w maśle ze świadomością, że tylko moje szczęście jest ważne?
- W porządku. W takim razie jedź, ale obiecaj, że jak tylko uda Ci się wszystko załatwić, wrócisz tutaj. – zaproponował czując rosnącą w sobie pewność siebie. – I nie zapomnij, że małżeństwo to w końcu niekończące się kompromisy. – dodał z wyższością.
- Dobrze. Wrócę, jeśli tylko zdążę się z tym uporać. – odparła cicho po dłuższej chwili głębokiego namysłu. „Małżeństwo to kompromisy, ale niewymuszone kompromisy, Pierre.” – pomyślała próbując już zasnąć. Nigdy jednak nie powiedziała tego na głos.

komentarze [7]

#14:Walking in the sun...:) >> środa, 9 lipica 2008 22:55:56

Sielanki ciąg dalszy. Mam nadzieję, że was tym nie zanudzę.
Jutro dodam kolejną część. Chyba nie za szybko?;)


Nigdy by nawet nie pomyślała, że dzięki miłości człowiek zaznaje tyle szczęścia każdego dnia. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy jej smaku nie zaznała, a może po prostu nie trafiała na odpowiednich mężczyzn. Każdy poranek spędzony w jego ramionach, każdy pocałunek, każda chwila krótkiej rozmowy – to wszystko sprawiało, że czuła się jakby każdego dnia obchodziła jakieś ważne święto. Czasami sama już nie wiedziała, czy to sprawka szalejących w jej organizmie hormonów w ten sposób działała, czy może obecność tego ciemnookiego bruneta. A może wszystko naraz? W każdym razie było jej dobrze i nie chciała, by to kiedykolwiek się zmieniło.
Sylwestra spędzili oczywiście tylko we dwoje oglądając wszelkich gatunków filmy i zajadając się popcornem w mieszkaniu panny Ryan. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebowali.
W przeciągu następnych dwóch tygodni Pierre wreszcie namówił Roxanne do zakupu nowego, większego miejsca zamieszkania, na co nie chciała się zgodzić, twierdząc że obecne mieszkanie jej wystarczy. Gdy jednak została zaciągnięta do zwiedzania kilku wybranych wcześniej przez Pierre’a ‘idealnych zakamarków’, jak je nazwał, była wniebowzięta. Przestronne pokoje umieszczone na jednym z najwyższych pięter wieżowca na Manhattanie robiły wrażenie. Ostatecznie jednak zdecydowali się na nieco spokojniejszą ( jeśli w ogóle w Nowym Jorku coś takiego istnieje ) dzielnicę, z dużą ilością parków – Brooklyn.
Nie chcieli zwykłego mieszkania. Postanowili zamieszkać w domu. Własnym, przestronnym domu z oknami na wszystkie cztery kierunki świata, by promienie słońca zawsze mogły wpadać do wszystkich pokoi. I chociaż Pierre za kasę, którą posiadał, mógłby kupić nawet wyspę na Morzu Karaibskim, ich dom wcale nie wyróżniał się przepychem. Nie potrzebowali nadzwyczajnych, kosztujących fortunę dodatków, czy basenu i SPA. Wystarczył im tylko, a może aż, dwupiętrowy dom o ścianach w kolorze cytrynowym, z pokojami na poddaszu i wielkim tarasem wychodzącym z salonu na południe. Fakt, że budynek mieścił się na niewielkim wzgórzu gwarantował dodatkowe piękne widoki na niemalże całe miasto. I jak Roxy mogłaby się temu oprzeć? Nie musiała nawet odpowiadać na pytanie Pierre’a, czy to jej odpowiada – jej uśmiech mówił wszystko.
Nie chcieli zwlekać z przeprowadzką. Według lekarza mała Lily miała przyjść na świat pod koniec marca, więc nie było mowy o jakimkolwiek użyciu siły fizycznej na wiosnę. Roxy miała nawet czasem wrażenie, że Pierre panikował bardziej niż ona. A przecież to nie on musiał rodzić!
Tak, miała być dziewczynka. Dowiedzieli się dopiero pod koniec stycznia, bo wcześniej położenie dziecka uniemożliwiało zweryfikowanie płci. Kiedy razem zmierzali do lekarza omal nie pokłócili się o imię dla swojego potomka, którego płci jeszcze wtedy nie byli pewni. Pierre jednak był tak zachwycony wydarzeniami ostatnich kilku miesięcy, że ostatecznie przystał na propozycje Roxanne. Nie potrafił się z nią dłużej sprzeczać. Wystarczyło, że spojrzał tylko w jej oczy i znów czuł się jakby stado motyli znajdowało się w jego żołądku. Nawet nie podejrzewał, że kiedykolwiek kobieta tak bardzo zawróci mu w głowie. Zwykle to one o niego zabiegały, a tymczasem on troszczył się o Roxy , jakby stanowiła najważniejszy organ utrzymujący go przy życiu. I rzeczywiście tak było. Nie wyobrażał sobie już życia bez tej drobnej blondynki, z którą za 2 miesiące miał mieć dziecko. I czuł się z tego powodu jak najbardziej szczęśliwy. Choć jeszcze do niedawna tak bardzo się przed tym bronił, teraz był pewien, że właśnie tego w życiu mu brakowało. Potrzebował tej jedynej kobiety, która sprawiłaby samą swoją obecnością, że wszystko inne stawało się nieważne. I tak istotnie było z Roxanne. Kochał ją. Kochał ją całym sobą, a myśl, że kiedykolwiek mógłby ją stracić napawała go przerażeniem.
Cieszył się jak dziecko, kiedy kupili już dom i małymi kroczkami zaczynali się do niego wprowadzać. Z uśmiechem na twarzy obserwował Roxy, która z dokładnością co do milimetra układała w kuchni kolejne szklanki i filiżanki do jednej z szafek powieszonych na kremowej ścianie. Nie mógł uwierzyć, że ona należy do niego. Wydawało mu się to czasem tak wspaniałe i zarazem mało prawdopodobne, a jednak miało rację bytu. Pierwszy raz mógł poczuć na własnej skórze, co znaczy być z kobietą w stałym związku. I nawet nie próbował porównywać tego do tych jednonocnych przygód, które uważał za jedną z najlepszych rozrywek. Ale wtedy jeszcze nie miał pojęcia, co oznacza być prawdziwie szczęśliwym. Nie miał pojęcia, czym właściwie była prawdziwa miłość.

- Roxy, jaki kolor będzie pasował do pokoju naszego dziecka?
- Hmmm... Może jasnozielony? – zaproponowała wyciągając z lodówki jogurt truskawkowy.
- Zielony mamy już salon. To musi być coś innego. – stwierdził w zamyśleniu rozglądając się po kremowych ścianach kuchni. – A może niebieski?
- Pierre... Niebieski jest dla chłopczyka. – spojrzała pobłażliwie w jego stronę po czym znów wróciła do konsumpcji swojego jogurtu.
- Przecież dziewczynki też lubią niebieski kolor. – mruknął z udawanym niezadowoleniem.
- Kochanie...- podeszła do niego i chwyciła delikatnie jego podbródek by spojrzeć mu w oczy – Po pierwsze nie wiesz, czy nasza córeczka polubi niebieski kolor. Po drugie wybierałeś już kolor kafelek do łazienki i ścian naszej sypialni, więc teraz chyba kolej na mnie?
- Wszystko tylko nie różowy. – stwierdził z uśmiechem dotykając jej delikatnej dłoni.
- Żółty.
- Może być.
- I to mi się podoba. – wpiła się namiętnie w jego usta wplatając swe dłonie w jego ciemne włosy. Nie wyobrażała sobie już, że kiedykolwiek ta sielanka mogłaby się skończyć.

Życie z kobietą w ciąży wcale nie było takie proste, jak mogłoby się to wydawać podrzędnemu obserwatorowi. A fakt, że Pierre kochał Roxanne i nie wyobrażał sobie bez niej życia nie pomagał mu o godzinie 22, kiedy na wpół śpiący i wtulony w jej delikatnie ciało musiał podnosić swój tyłek z kanapy i udać się do najbliższego supermarketu tylko po to, by kupić galaretki w czekoladzie, czy też pierniki, na które Roxanne nagle poczuła nieodpartą ochotę. I nie mogła ich zastąpić ani czekoladą, ani też jogurtem, które znajdowały się w kuchni, bo w końcu to całkiem odmiennie smakujące słodycze. Wściekał się wtedy na wszystko, oczywiście dyskretnie, by Roxy nic nie zauważyła, po czym klnąc pod nosem zabierał kluczyki od samochodu i z piskiem opon ruszał do najbliższego supermarketu po te cholerne zachcianki jego ukochanej. Za każdym razem, kiedy wracał, obiecywał sobie, ze to już ostatni raz i nigdy więcej o tej porze nie wyjdzie z domu. Jednak, gdy tylko przekraczając próg napotykał na jej błogo uśmiechnięta twarz nie potrafił się już dłużej gniewać. Nawet nie rozumiał już swojego gniewu, który wzbierał w nim kilka minut wcześniej. Ona była jak najlepsze lekarstwo na wszystko. Utrzymywała go przy życiu. Była jego szczęściem, jego... drugą połówką.
- Kocham Cię, Roxy. – szepnął łaskocząc jej ucho oddechem, gdy kolejnego wieczoru znów siedzieli wtuleni w siebie w ich salonie oglądając kolejną komedię z Eddiem Murphym.
- Ja Ciebie też, Pierre. – odparła uśmiechając się do niego ciepło. Po chwili czuła już jego gorące usta na swoich.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał nagle odrywając się od niej i patrząc głęboko w jej pełne zdziwienia oczy. Nie wiedziała, co powiedzieć. Była zaskoczona. I choć zdawała sobie sprawę, że przecież kiedyś to pytanie padnie, nie sądziła, że nastąpi to tak szybko. Przecież byli ze sobą dopiero 3 miesiące. Ale może w miłości czas tak naprawdę się nie liczy?
- Nie musisz teraz...
- Ciii...- przerwała mu kładąc palec na jego ustach i znów się uśmiechnęła.
- To znaczy, że...
- Tak, Pierre, to znaczy, że się zgadzam.

Czuł się najszczęśliwszym mężczyzną na świecie. Gdziekolwiek się pojawiali, z kimkolwiek spędzali czas uśmiech nie schodził z jego twarzy. Mimo nieznośnej pogody, która trwała niemal do początku marca, dla niego był to chyba najbardziej kolorowy czas w życiu. Nie mógł się już doczekać, kiedy na świat przyjdzie jego córeczka i kiedy wreszcie będzie mógł poślubić Roxy. Jeszcze tego wieczoru, gdy się jej oświadczył, zadzwonił do rodziców, by poinformować ich o radosnej nowinie. A Roxy patrzyła tylko na niego pobłażliwym wzrokiem i... cieszyła się.

Musiała spotkać się z Jannette. Chciała by cały świat wiedział o jej szczęściu, miała ochotę rozpowiadać o tym każdemu, kogo napotkała po drodze. Już następnego dnia zadzwoniła do przyjaciółki i nie uchylając nawet rąbka tajemnicy oznajmiła, że muszą pilnie się spotkać. Później razem z Pierre’em uzgodnili, iż razem pojadą do rodziców Roxy jak najszybciej będzie to możliwe, a potem... Potem wybrali się na zakupy. Wyjątkowe zakupy...
- To łóżeczko będzie idealnie pasować do ścian jej pokoju. – stwierdziła wskazując palcem na mieszczące się w rogu sklepu niewielkie drewniane łóżeczko.
- Znowu żółte...- mruknął Pierre, na co blondynka zgromiła go tylko karcącym spojrzeniem i pociągnęła za sobą.
- Musi być żółte, by pasowało do koloru pokoju.
- Wiesz co Roxy... Nawet jeśli wybrałabyś różowe, nie przestałbym Cię kochać. – stwierdził z zadowoleniem składając delikatny pocałunek na jej ustach.
Nie spiesząc się, ze splecionymi palcami swych dłoni spacerowali od sklepu do sklepu i wybierali kolejne ubranka, meble i zabawki dla małej Lily. Wiosna zbliżała się małymi kroczkami, słońce wreszcie zaczynało ogrzewać oziębłe i mokre ulice Nowego Jorku, a w ich sercach zagościło już lato. Pierre jak opętany gadał tylko o ślubie i dzieciach, których planował mieć przynajmniej trójkę, nie przejmując się, czy aby miednica Roxanne z tym wszystkim sobie doskonale poradzi. Panna Ryan zaś tylko z uśmiechem przyglądała się swojemu przyszłemu mężowi i zastanawiała się jak też zareagują jej rodzice na fakt, że postanowiła zmienić nazwisko na Bouvier. Roxanne Bouvier.

- Cześć Jane! Miło Cię znów zobaczyć! – wykrzyknęła z radością na powitanie swojej przyjaciółki, która czekała już na nią we włoskiej restauracji Trattoria del Arte między 56 i 57.
- Witam Cię kochana. Widzę, że ciąża Ci służy – promieniejesz radością. – zauważyła widząc uśmiechniętą od ucha do ucha blondynkę podążającą w kierunku jej stolika.
- Nie tylko ciąża. – odparła z tajemniczym uśmiechem i usiadła przy stoliku zdejmując uprzednio swój kremowy płaszcz.
- Co może bardziej uszczęśliwiać kobietę prócz dziecka i miłości?
- Zamierzamy się pobrać z Pierre’em. – powiedziała z zadowoleniem opierając się o krzesło. Jane spojrzała na blondynkę z zaskoczeniem, otworzyła usta w zdziwieniu chcąc widocznie coś powiedzieć, jednak nie była do końca pewna co.
- Też miałam taką minę, gdy mi się oświadczył.
- Gratuluję Roxanne. Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na swój ślub.
- Bezapelacyjnie. – odpowiedziała radośnie myślami widząc się już w białej sukni u boku Pierre’a.
Musiała przyznać, że brakowało jej tych spotkań z najlepszą przyjaciółką, wspólnego lunchu podczas przerwy w pracy, czy po prostu zwykłego spaceru podczas którego mogły porozmawiać jak kobieta z kobietą. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że powoli traciły tę przyjaźń, która przecież miała trwać wiecznie. Widziały się po raz pierwszy od dwóch miesięcy. Przez cały ten czas Roxy żyła w objęciach Pierre’a, a Jane... Jane pracowała i w końcu miała już swojego narzeczonego. Może i nie tak planowały przyszłość tej przyjaźni, ale przecież nie zawsze wszystko dzieje się tak jakbyśmy tego chcieli.
Czasami miała wątpliwości. Może był to tylko swego rodzaju strach przed utratą tego, co miała, ale czasami wydawało jej się, że to wszystko jest zbyt idealne, by mogło być prawdziwym. Idealny dom, idealny narzeczony, dziecko w drodze... I czego chcieć więcej? Nikomu nie zdradzała swych pesymistycznych myśli. Nie chciała, by Pierre niepotrzebnie się martwił, rodzicom też nic nie mówiła, a z Jannette niezbyt często się widywała. Postanowiła zdusić to w sobie, przeczekać z nadzieją, że to tylko chwilowe i za niedługo minie.
I minęło.

O godzinie 4.35 dnia 29 marca na świat przyszła maleńka Lily Bouvier. O ile było to jeszcze możliwe, oboje rodzice byli jeszcze bardziej szczęśliwymi niż dotąd. Pierre dosłownie skakał z radości, a nadmiar energii, która towarzyszyła mu przez cały ten czas wykorzystał na dokończenie całego pokoju dla jego córeczki. Gdy więc Roxanne wróciła już ze szpitala nie kryła podziwu i zaskoczenia dla pracy Pierre’a, który ostatecznie zakupił nawet to żółte łóżeczko, któremu nie był z początku zbyt przychylny.
Podobno, gdy pojawia się dziecko, szczególnie to pierwsze, w związku zaczynają się poważne problemy. Jednak ani Pierre ani Roxy takowych nie odczuwali, a nawet stwierdzić mogli, że... byli jeszcze bliżej. Czasami wydawało się, iż dzięki Lily z dnia na dzień odkrywali nową cząstkę siebie.
Miesiąc później rodzice Pierre’a postanowili wreszcie odwiedzić swojego syna, no i rzecz jasna poznać swoją wnuczkę i przyszłą panią Bouvier, którą, jak dotąd, znali tylko z gazet i opowieści syna. Oczywiście, że Roxanne czuła się zdenerwowana przed spotkaniem, jednak jak później się okazało, nie było ku temu najmniejszego powodu. Spędzili razem kilka dni. Za każdym razem, kiedy słyszała komplementy na swój temat, które rzecz jasna wypowiadał Pierre, rumieniła się i delikatnie uśmiechała. Czuła, że została zaakceptowana przez jego rodziców, a słowa, które przy wyjściu powiedziała szeptem pani Bouvier jeszcze bardziej utwierdziły ją w tym przekonaniu. „Jesteś wspaniałą kobietą, Roxy. Pierre jest naprawdę wielkim szczęściarzem”. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Uśmiechnęła się tylko tajemniczo i kolejny raz tego dnia zarumieniła.

komentarze [5]

#13: Fools in love >> wtorek, 24 czerwca 2008 22:48:59

Na początku małe sprostowanie: otóż poprzednia część nie była ostatnią, a co więcej jeszcze was tym trochę pomęczę:P
Wiem, gdzie popełniłam błąd: w poprzedniej notce pisząc o "ostatniej części" miałam na myśli część poprzednią.
Przepraszam was bardzo za tę karygodną pomyłkę. Naprawdę nawet nie przyszło mi do głowy, że to inaczej zinterpretujecie. Chyba mam ograniczony mózg. Przepraszam, przepraszam, przepraszam. :)
I mam jeszcze prośbę: jeśli to możliwe, to prosiłabym, żeby powiadomić mnie w komentarzach, kto chce być powiadamianym o nowych częściach, bo ostatnimi czasy już się w tym pogubiłam.
A teraz, tak w ramach rekompensaty, kolejny part tego opowiadania:)
________________

Nikt nie powiedział, że musi cokolwiek rodzicom wyjaśniać. Mogła tak po prostu powiedzieć, że Pierre zrozumiał swój błąd, ona mu wybaczyła i znów są razem. Ale była już zmęczona wszelkimi kłamstwami. Zdecydowała się powiedzieć wszystko, nie zważając na to, co może usłyszeć. Z pewnością chciała oczyścić sumienie, jednak przede wszystkim zależało jej, by być w porządku wobec własnych rodziców.
Nie było jej łatwo, gdy zobaczyła uśmiechniętą twarz swojej matki, a później ten grymas, gdy zauważyła stojącego obok niej Pierre’a. Miała ochotę skłamać po raz kolejny. Przecież była już w tym taka dobra. Nikt by nie zauważył. Ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła znów krzywdzić siebie, dziecko i Pierre’a. Dlatego wzięła głęboki oddech i z całej siły ściskając dłoń bruneta weszła do środka i powiedziała wszystko. Zaczynając od tej pamiętnej nocy i kończąc na dniu dzisiejszym. Bała się. Cały czas czuła wewnątrz ogromny strach, którego nie potrafiła się pozbyć. Jednak wystarczyły tylko proste słowa Julie, by nagle jej serce wypełnił żal i dziwna pustka. „Zawiodłam się na Tobie Roxanne. Ale mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz ten błąd.” Była pewna, że te kilka słów tak prędko nie opuści jej myśli. A przecież już dawno zdała sobie sprawę jak wielki błąd popełniła. Podobno na to nigdy nie jest za późno. Jednak Roxy miała całkowicie inne wrażenie...

- Myślisz, że kiedykolwiek dojdziemy znów do porozumienia?
- Daj im trochę czasu. Z pewnością ich tą informacją nie ucieszyłaś.
- Wiem, ale... Boję się, że już nigdy nie będzie tak, jak dotąd...
- Roxy... Dasz sobie radę. – uśmiechnął się do niej i wtulił w jej włosy. – Damy radę. – szepnął po chwili drażniąc oddechem jej skórę.
Uwielbiała te popołudnia spędzone w jego ramionach. Uwielbiała tak bezczynnie siedzieć na swojej zielonej kanapie i patrzeć w jego ciemne oczy. Uwielbiała, gdy podczas filmu co chwilę składał pocałunki na jej ustach, a później szyi i dekolcie. To nic, że nie miała zielonego pojęcia, o czym dokładnie był film. Po prostu było jej dobrze. I chciała, by tak już było zawsze. Czasem sama nie mogła uwierzyć w swoją przemianę z nastolatki, która na każdą randkę umawiała się z innym, w kobietę, dla której jeden mężczyzna z dnia na dzień znaczył coraz więcej. Nie raz zastanawiała się, czy to wszystko aby nie dzieje się za szybko. Jeszcze niedawno nie chciała słyszeć nawet o Simple Plan, a tymczasem jedyne, czego pragnęła, to pozostać już w ramionach jego wokalisty. Może i nie był to najbardziej odpowiedni czas na dziecko, ale czuła, że to właśnie dzięki temu zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Nie potrafiła ukryć uśmiechu zadowolenia, gdy Pierre delikatnie opuszkami palców gładził jej brzuch, cicho podśpiewując melodie przypominające kołysanki. Wyglądał wtedy tak słodko, że nie mogła się mu oprzeć.
Niczego się już nie obawiała. Szefowa wreszcie wyraziła zgodę na dłuższy urlop i choć nie miała zadowolonej miny, zapewniła Roxy, że zatrzyma dla niej posadę. Wreszcie całe jej życie nabierało znów tych radosnych barw, mimo szarości panującej za oknami. No, może nie wliczając w to jeszcze bólu kręgosłupa i łydek, które w miarę upływu czasu dawały się jej we znaki. No cóż, taka dola ciężarnej. Jednak mimo wszystko nie zmieniłaby zaistniałej sytuacji na cokolwiek innego. W końcu jeszcze nigdy nie dostąpiła zaszczytu jadania śniadań w łóżku niemal każdego poranka i robienia zakupów razem z mężczyzną. Cierpliwym mężczyzną.
Lubiła te spacery nowojorskimi alejkami, kiedy nie przejmując się listopadową pogodą trzymali się za ręce i śmiali z byle powodu. Panna Ryan do tego stopnia przyzwyczaiła się do sławy Pierre’a, że nawet nie przeszkadzali jej już podążający za nimi krok w krok papparazzi. Znów uśmiech nie schodził z jej twarzy. Nie przejmowała się artykułami w podrzędnych brukowcach zatytułowanymi „Nowa zdobycz kanadyjskiej gwiazdy rocka w ciąży” lub „Wokalista Simple Plan ojcem?!”. Była...szczęśliwa. Wiedziała, że razem z Pierre’em ze wszystkim sobie poradzą. Wiedziała, że może na nim zawsze polegać. I choć jeszcze nigdy nie powiedzieli sobie tego wprost – kochali się.

Kiedy Jannette dowiedziała się od Roxanne, że wreszcie wszystko zaczęło się układać, była niemal tak szczęśliwa jak ona. Tak bardzo cieszyła się, że jej najlepsza przyjaciółka znalazła tego jedynego mężczyznę. Tworzyli razem idealną parę. A może tak się tylko wydawało?
Święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi krokami. Roxy wiedziała, że nie spędzi ich z Pierre’em, który przecież miał też rodzinę w Kanadzie. Nie chciała go zatrzymywać, choć zdawała sobie sprawę, że te święta nie będą należeć do najprzyjemniejszych. Co prawda rozmawiała już z rodzicami, jednak ta dziwna bariera, która się między nimi wytworzyła, była aż nadto wyczuwalna. Ale Roxanne przecież nigdy nie traciła wiary w siebie.

- Na pewno sobie poradzisz? – zapytał z troską w głosie, patrząc w jej zielone oczy. Czuła jeszcze na swoich biodrach jego dłonie, ale nie wiedzieć czemu już za nim tęskniła.
- Na pewno. Idź już, bo samolot nie będzie czekał.
- Zwariuję tam bez Ciebie. – szepnął jej do ucha.
- To tylko 2 tygodnie, Pierre. Damy radę. – uśmiechnęła się, po czym delikatnie pocałowała jego usta.
- Myślisz, że to mi wystarczy na całe 2 tygodnie? - zapytał z przekąsem, a w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk. Nawet nie zdążyła otworzyć ust, by odpowiedzieć, kiedy on wpił się w nie z wielką namiętnością powodując, że cały świat zaczął wirować wokół niej. Nigdy nie lubiła pożegnań, ale to było wyjątkowe.
- Spóźnisz się.
- Jeszcze mam minutę i 15 sekund, żeby się Tobą nacieszyć. Przepraszam – Wami nacieszyć. – stwierdził kładąc dłonie na jej brzuchu.
- Wariat. – odparła uśmiechając się szeroko. Jeszcze chwilę wpatrywała się w jego ciemne oczy, a później obserwowała już tylko jak znika pośród innych pasażerów lotu do Kanady.
Przyzwyczaiła się już do jego obecności. Minęło dopiero 1,5 miesiąca odkąd ze sobą byli, a ona już odczuwała dziwną pustkę, kiedy wróciła do mieszkania, a jego nie było. Zbliżała się ostatnia noc, którą miała spędzić w swoim mieszkaniu przed świętami. Z pewnością nie była to dla niej zbyt radosna myśl, ale wierzyła w to, że wszystko się jakoś ułoży. W końcu zawsze na święta jej matka zapraszała połowę rodziny, jeśli było to tylko możliwe, co oznaczało, że przecież nie spędzi tych świąt sam na sam z rodzicami.

Chciała pomóc w kuchni, ale nikt jej tam nie dopuścił twierdząc, że nie może się przemęczać. Kiedy postanowiła pościerać kurze, ciotka dosłownie wyrwała jej ścierkę z rąk tłumacząc, że z przyjemnością zrobi to za nią. W końcu usiadła z naburmuszoną miną na kanapie i czekała na jakikolwiek cud, który mógłby wybawić ją od „nicnierobienia”. No i cud nadszedł, w postaci wibrującego telefonu w kieszeni jej spodni. Gdy tylko zobaczyła na wyświetlaczu migający napis Pierre, od razu uśmiech zawitał na jej twarzy.
- Tęsknię za Tobą, Roxy. – usłyszała jego ciepły głos i poczuła dziwny, ale przyjemny ucisk w okolicach klatki piersiowej.
- Ja też, Pierre. Nawet nie wiesz jak bardzo. – odparła wciąż się uśmiechając.
- Mam nadzieję, że się zbytnio nie przemęczasz.
- Ja? Pierre, oni mnie tutaj traktują jakbym co najmniej była z najdroższej chińskiej porcelany. – odparła z oburzeniem.
- No to prawidłowo. Myślisz, że ja zachowałbym się inaczej?
- Jestem pewna, że tak. – stwierdziła z przekąsem.
Całkowicie straciła rachubę czasu. Nie orientowała się jak długo z nim rozmawia, jednak od razu zauważyła ten znaczący uśmiech na twarzy swojego brata Ray’a, który wygodnie siedząc w jednym z foteli oglądał TV ( a może raczej udawał, ze ogląda? ) i kątem oka obserwował wniebowziętą Roxanne z telefonem komórkowym przy uchu. Ona jednak żyła w innym świecie od godziny rozmawiając ze swoim ukochanym na nic innego nie zwracając uwagi. Świat mógłby stanąć do góry nogami, a wydawałoby się, że nawet tego Roxy by nie spostrzegła. Uwielbiała te rozmowy o wszystkim i o niczym, które mogli prowadzić bez końca. Pół godziny później z niechęcią zamknęła swoją motorolę, gdy Pierre oznajmił, że musi kończyć, by pomóc mamie w kuchni. Jednak nawet to nie przywracało jej do końca na ziemię. Była zakochana, a na to lekarstwa nikt jeszcze nie znalazł.

Wbrew wszelkim obawom święta z rodziną minęły w przyjemnej atmosferze. Nie było żadnych podtekstów ze strony rodziców, ani też znaczących spojrzeń. Roxy cieszyła się, że cała sprawa została tylko między nią a rodzicami i mogła czuć się w miarę swobodnie ( nie wliczając w to oczywiście jej brzucha, którego obecność ostatnimi czasy odczuwała już w nadmiarze ).
Jako że jej żołądek aktualnie pochłaniał dwa razy więcej niż zwykle, święta stały się dla niej niemal rajem we wszelkich potrawach. Nie żałowała sobie ulubionych eklerków z kremem cytrynowym, czy owocowej galaretki z podwójną porcją bitej śmietany, od której, miała wrażenie, powoli się uzależniała. Zawsze wiedziała, że jej matka dobrze gotuje, tym razem jednak doceniała to jeszcze bardziej.
Lubiła te zimowe wieczory, które spędzała siedząc w swoim pokoju, owinięta w ciepły, polarowy koc i z książką w ręku. Tym razem jedyne, czego brakowało jej do szczęścia to obecność Pierre’a. Owszem, dzwonił do niej każdego dnia, ale przecież to nie mogło równać się z wtuleniem w jego ramiona i wdychaniem jego zapachu.
Obiecywał, że przyjedzie po Nowym Roku, najprędzej jak będzie to tylko możliwe. Dlatego nie ukrywała zdziwienia, kiedy na dzień przed sylwestrem zadzwonił do niej, i poprosił by wyjrzała przez okno. Spodziewała się wszystkiego, ale gdy zauważyła, jak uśmiechnięty od ucha do ucha stoi na jej podwórku pośród białego puchu, nie mogła w to uwierzyć. Zbiegła po schodach jak szybko było to możliwe i uszczęśliwiona rzuciła się w jego ramiona. Nie obchodziło ją, że było zimno, a białe płatki śniegu wciąż tańczyły w powietrzu. Liczyło się tylko to, że on był blisko.
- Mówiłeś, że wrócisz po Nowym Roku. – zauważyła Roxanne splatając palce ich dłoni.
- Nie mogłem już dłużej bez Ciebie wytrzymać. – odparł z uśmiechem muskając jej miękkie usta. – Wejdźmy do środka, bo zaraz tu zamarzniesz.
- W Twoich ramionach to niemożliwe. – stwierdziła stając na palcach, by jeszcze raz posmakować jego ust.

komentarze [9]

#12: Is it a new start? >> poniedziałek, 23 czerwca 2008 13:31:21

Wreszcie upragnione wakacje:) Jestem szczęśliwa:) I chyba dlatego historia Roxy ułożyła się tak, a nie inaczej.
Nie powiadamiałam o ostatniej notce z czystego lenistwa;) Ale to mi chyba wybaczycie?:)


- Pierre?! – niemal podskoczyła z wrażenia, gdy zobaczyła bruneta spokojnie siedzącego w jej salonie. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić: czy uciec jak najszybciej, czy zostać i czekać na to, co ma się wydarzyć.
- Czego tu chcesz? – zapytała po chwili próbując uspokoić swoje myśli.
- Roxy... Ja... Chciałem z Tobą porozmawiać. – wybełkotał ledwo dosłyszalnie zdanie, które, jak mu się wydawało, było po prostu bez sensu w zaistniałej sytuacji.
- Co?! Odbiło Ci Bouvier już do reszty?! Przyjeżdżasz po kilku miesiącach i ni stąd ni z owąd oświadczasz, że chcesz porozmawiać?! Przecież to śmieszne. – stwierdziła śmiejąc się ironicznie. – Wynoś się stąd zanim wpadnę w szał. Mam dosyć niespodzianek w moim życiu. Szczególnie, że powodem niemal każdej z nich jesteś Ty. – dodała po chwili pełnym bólu głosem. Nie mógł tego znieść. Nie mógł zrozumieć swojego wcześniejszego postępowania, swojego tchórzostwa, a teraz... tego przepełnionego dziwną rozpaczą i żalem głosu Roxy. Ale przecież nie mógł poddać się właśnie w takiej chwili. Nie po to tu przyjeżdżał, by znów uciec.
- Roxanne, posłuchaj mnie...- podszedł bliżej niej, by spojrzeć jej w oczy.
- Nie mam ochoty Cię słuchać Bouvier. – stwierdziła stanowczo odwracając od niego wzrok. – Tak bardzo lubisz mnie dręczyć?!
- Nie. Chcę naprawić błędy, które popełniłem. Wiem, że zachowałem się jak dupek a Ty masz prawo być na mnie wściekłą, ale zrozumiałem wiele rzeczy i...
- Zrozumiałeś?! A co tu do cholery było do rozumienia?! Nie wiedziałeś skąd się biorą dzieci, czy jak?! – odsunęła się od niego na bezpieczną odległość tym razem patrząc już na jego twarz.
- Dlaczego nie chcesz mnie wysłuchać?! Dlaczego za każdym razem, od kiedy powiedziałaś mi o ciąży, odnosisz się do mnie z taką... nienawiścią?! Przecież to nie tylko moja wina!
- Przestań krzyczeć w moim mieszkaniu!
- To Ty krzyczysz, nie ja! – spojrzała na niego wściekłym wzrokiem, po czym ruszyła do swojego pokoju i z trzaskiem zamknęła drzwi. Czuła się okropnie. Kiedy powoli zaczynała układać sobie życie, kiedy udało się jej namówić kuzyna, który był jej dobrym przyjacielem, by na jakiś czas z nią zamieszkał, nagle pojawił się ON i wszystko runęło. Tak jakby zbudowała dom i wystarczył jeden podmuch wiatru, by cały wysiłek poszedł na marne. Powoli przyzwyczajała się do myśli, że zarówno z Jannette jak i z matką nie odzyska już tak dobrego kontaktu. Zaczynała snuć plany, jak będzie wychowywać dziecko, a później znów powróci do pracy i wszystko będzie dobrze. I pojawił się znów ON, sprawiając, że wszystko to, co zrobiła, to nad czym tak bardzo się starała straciło sens. Nie powiedziała rodzicom prawdy. Zrobiła tak jak już wcześniej zaplanowała – obarczyła winą Bouvier’a i jego pracę, przez którą rzekomo nie bywał w domu. Miała nadzieję, że mówiąc to wszystko samo się jakoś ułoży, jednak jak na złość, Roxy czuła się jeszcze gorzej. Nie potrafiła spojrzeć matce w oczy, nie potrafiła z nią tak po prostu rozmawiać jak dotąd i udawać jak bardzo cierpi po rozstaniu z Bouvier’em. Próbowała być silną, ale niemal codzienne wizyty jej zatroskanej i zmartwionej matki wykańczały ją psychicznie. Nie mogła patrzeć na to, jak bardzo przeżywała „cierpienie” swojej córki. Tak bardzo ją kochała tą matczyną miłością, a ona prosto w oczy oszukiwała ją na każdym kroku. Nie mogła tego znieść. Przez 2 tygodnia chodziła jak struta. I być może dzięki temu sprawiała lepsze wrażenie niewinnej i zranionej. W końcu jednak pozbierała się i poprosiła o pomoc George’a. Wiedziała, że może mu zaufać i choć nie był zadowolony z tego, co zrobiła zgodził się zamieszkać z nią, jako rzekome wsparcie w ciężkich chwilach. Minął kolejny miesiąc, a Roxy miała wrażenie, że wszystko jednak zaczyna się układać. Była dobrej myśli i nie brała pod uwagę żadnych niespodziewanych wypadków. Aż do tej chwili. Czyżby to był jakiś znak? Może jednak powinna wszystko wyjaśnić?
Otarła z twarzy kilka łez, których nie potrafiła dłużej powstrzymywać i uspokoiwszy się nieco otworzyła drzwi.
- Po co tak naprawdę przyjechałeś? – zapytała już z większym spokojem patrząc jak stoi oparty głową o ścianę.
- Przepraszam Roxy. Wiem, powinienem powiedzieć to już o wiele wcześniej, ale wszyscy przecież popełniamy błędy.
- Wiem, Pierre. Nawet nie wiesz jak dobrze o tym wiem... – westchnęła cicho i chwytając jego dłoń pociągnęła go do pokoju. Nagle, jakby pod wpływem wybuchu tych wszystkich, tak długo tłumionych w sobie emocji, doszła do wniosku jak beznadziejnym było jej postępowanie. Podobno kłótnia oczyszcza atmosferę. Czy możliwe, by oczyściła i jej umysł?
Opowiedziała mu wszystko, co działo się w jej życiu odkąd wyjechał. Nie zaoszczędziła żadnego faktu, żadnej myśli, która ją nękała. Wyrzuciła z siebie wszystko, co jakiś czas wycierając łzy, które spływały po jej policzku. A on słuchał. Patrzył w jej oczy i nie przerywał jej czekając cierpliwie aż skończy. Nie wiedzieć czemu, ale ta rozmowa jeszcze bardziej ich ku sobie zbliżyła. Kiedy oboje powiedzieli sobie już wszystko to, co tak bardzo ciążyło na ich sercach, zegar wskazywał godzinę 21.
Nie chciała zostać znów sama, ale nic nie mówiła. Wtuliła się w jego ramiona i czekała na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Poczuła się tak przyjemnie lekko, gdy dotknął ustami jej włosów i przytulił jej delikatne, drżące ciało. Teraz, gdy wszystko między nimi się wyjaśniło, w jej sercu pojawiła się garstka spokoju. Tego upragnionego spokoju, którego ostatnimi czasy nie miała przyjemności zaznać. Nawet nie spostrzegła jak oboje, wtuleni w swoje ciała, zasnęli. Od niepamiętnych czasów wreszcie mogła poczuć kojące działanie prawdziwego, bezpiecznego snu. W jego ramionach. Upajając się jego zapachem...

Obudził ją przyjemny zapach dochodzący z kuchni. Nie przypominała sobie, by kładła się spać na tej kanapie, ani że przykrywała się ciepłym kocem. Mogła się jedynie domyślić, czyja była to sprawka. Uśmiechnęła się delikatnie, po czym wstała i powoli ruszyła w stronę pomieszczenia, z którego dochodził ten apetyczny zapach.
- George?
- A spodziewałaś się kogoś innego? – zapytał brunet uśmiechając się do niej łobuzersko. Przez chwilę miała wrażenie, że wszystkie te wydarzenia minionego wieczoru były tylko snem. Poczuła dziwną pustkę w sercu i usiadła na krześle wpatrując się smutnym wzrokiem w okno.
- Pierre musiał wyjść. Powiedział, że wróci do dwóch godzin.
- Czyli to jednak nie był sen? – zapytała przez chwilę nie dowierzając jego słowom. Od razu wielka ulga zalała jej duszę.
- To zależy, co masz na myśli. Nie wiem, co tu robiliście, kiedy mnie nie było. – odparł brunet stawiając przed Roxy talerz z naleśnikami.
- George... – westchnęła kręcąc głową z uśmiechem. – Skąd wiedziałeś, że uwielbiam naleśniki z dżemem truskawkowym? – dodała po chwili rozkoszując się ich smakiem.
- Wiem wiele rzeczy. Również to, że jeszcze bardziej lubisz koktajl truskawkowy. – stwierdził z zadowoleniem stawiając przed Roxy szklankę z różowym napojem.
- Skąd wytrzasnąłeś teraz truskawki? – zapytała wlepiając w niego zdziwione oczy.
- Moja słodka tajemnica. – powiedział siadając naprzeciwko niej z zadowoleniem. – Chyba będę mógł się już wyprowadzić, no nie? – zauważył po chwili.
- Nie.
- Nie? Dlaczego? Sądziłem, że dogadaliście się wczoraj...
- Nie, ponieważ zatrudnię Cię do robienia śniadań. – powiedziała stanowczym głosem.
- Obawiam się, że ktoś mnie już w tym wyręczy.
- Że niby Pierre? – zaśmiała się cicho. – Nikt nie powiedział, że mam zamiar z nim zamieszkać. A poza tym nie mam pewności, czy on potrafi tak dobrze gotować.
- Więc wreszcie będziesz miała okazję się o tym przekonać. – powiedział uśmiechając się znacząco.
Jednak nie tak szybko było dane się jej o tym przekonać. Pierre był jeszcze w trasie i już wczesnym popołudniem miał koncert, a później znów wyjeżdżał. Ale dla Roxanne tak było nawet lepiej. Nie powiedziała jednoznacznie, że chce z nim zamieszkać, zaś jedna poważna rozmowa o niczym nie świadczyła. Przede wszystkim chciała go wreszcie poznać. Chciała wiedzieć jaki jest naprawdę, co lubi, a czego nie cierpi. Chciała wreszcie zacząć tę znajomość od tego, co najważniejsze, a nie od zamieszkania pod jednym dachem z człowiekiem, którego w gruncie rzeczy nie znała. Cieszyła się z tych dwóch tygodni, które mogła przeznaczyć na dogłębne przemyślenie całej sprawy. W przypływie jednej zmiany postanowiła posprzątać całe mieszkanie i swoje życie.
George wyprowadził się kilka dni po wyjeździe Pierre’a. Roxanne miała całe 10 dni, by w samotności upewnić się, co do swej nowo podjętej decyzji i zacząć wreszcie zaprowadzać porządek we własnym życiu. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Przygotowywała się nawet na samotne spędzanie świąt Bożego Narodzenia, bo przecież i to było bardzo możliwe. Nie miała pojęcia jak zareaguje jej matka na wiadomość o tych wszystkich kłamstwach, którymi żyła przez ostatnich kilka miesięcy. Mogła przestać się do niej odzywać, mogła zacząć krzyczeć, prawić jej tysiące morałów na temat tak nierozsądnego postępowania, lub po prostu zamknąć jej drzwi przed nosem. Była przygotowana na każdą z tych możliwości, choć wewnątrz czuła ogromny strach przed tym wszystkim, co miało nastąpić, ale przecież nie była już sama. Miała kogoś, kto obiecał być przy niej nawet w tych najtrudniejszych chwilach, miała kogoś, kto obiecał być dla niej wsparciem...

Oczywiście, że miała wątpliwości. Ile to nocy nie mogła zasnąć nie mogąc przestać myśleć, o wydarzeniach ostatnich kilku dni. Zastanawiała się, czy to wszystko aby nie dzieje się za szybko. Czy ta rozmowa z Pierre’em w ogóle miała jakiś sens, czy stanowiła może tylko chwilę jego słabości. Czasami miała ochotę do niego po prostu zadzwonić i zapytać po co przyjechał, po co mówił te wszystkie słowa. Jednak w ostatniej chwili powstrzymywała się. Wiedziała, ze to nie rozmowa na telefon, a Pierre... No cóż. Pierre był dla niej jeszcze osobą całkowicie nieodgadniętą. Nie wiedziała, czego się po nim spodziewać, jak reaguje w różnych sytuacjach. Chociaż sam fakt, że postanowił pójść do jej rodziców, by razem wszystko wyjaśnić, był już wystarczająco... nadzwyczajny. No bo, który normalny mężczyzna zgodził by się coś takiego zrobić? I nie obchodziło ją, że prawdopodobnie każda kobieta wszystko oddałaby za takiego faceta. Roxy była inna. A ostatnimi czasy nadmiernie uczulona na wszelkie kłamstwa, które jej, w miarę upływu czasu, przychodziły coraz łatwiej. Jednak jedyne, co teraz mogła zrobić, to po prostu ślepo zaufać mężczyźnie, który przyczynił się do tego całego zamieszania. Dlatego postanowiła cierpliwie czekać.

Kiedy pewnego poranka zapukał do jej drzwi poczuła w sercu tę dziwną lekkość, której nie potrafiła zrozumieć. Był zmęczony, niewyspany, ale z całych sił wtulił się w Roxy, tak że niemal czuła bicie jego serca. Pragnęła by ta chwila trwała już wieczność. By wciąż mogła czuć się tak bezpiecznie będąc w jego ramionach, by upajać się jego zapachem, by czuć jego dłonie w swych włosach i ten przyjemny oddech na szyi. Nagle wszystkie wątpliwości, które do tak niedawna jeszcze ją nękały, znikły i wydawały się całkowicie bezpodstawne.
Z uśmiechem na twarzy przyglądała się, gdy tak słodko i spokojnie spał w jej łóżku. Nawet tchnęło ją coś, by przyrządzić jakiś smakowity obiad, bo przecież Pierre pewnie od dłuższego czasu nic pożywnego nie zjadł. Czasami zatrzymywała się na chwilę i zastanawiała się, co tak nagle w nią uderzyło. Co spowodowało, że z uśmiechem krzątała się po kuchni raz po raz zaglądając do swojego pokoju, by zobaczyć jak on śpi. Już dawno uśmiech nie gościł na jej twarzy przez tak długi czas. A na samą myśl, co mogło być tego powodem czuła jak jej policzki silnie się rumienią. Obietnice, że już nigdy się nie zakocha spełzły na niczym.

komentarze [4]

#11: You could be happy >> wtorek, 17 czerwca 2008 23:07:38

Długo mnie nie było, wiem. Ale wreszcie wakacje:)
I tym razem znów będzie dłuuugo;)

Czuła się winna. Była wściekła na siebie i na Pierre’a. Za jego nieodpowiedzialność, za własną bezmyślność. Wróciła do domu całkowicie przemoczona. Nie miała przy sobie parasolki. Nawet nie pomyślała, by ją ze sobą zabrać, kiedy wychodziła z domu. Zresztą Roxy nigdy nie myślała o rzeczach tak przyziemnych. Żyła w przeświadczeniu, że zaprzątanie sobie głowy pospolitymi sprawami niszczy tylko cały urok życia. W istocie miała rację, ale nie była już przecież tą małą dziewczynką, która mogła sobie pozwolić na popełnianie błędów nie ponosząc przy tym jakichkolwiek konsekwencji. Nie. Roxy, wbrew swej osobowości, swemu dziewczęcemu urokowi i wybujałej wyobraźni, była już dorosłą kobietą. Miała 25 lat. Ponad połowa jej rówieśniczek żyjących na całej ziemi zdążyła już w tym wieku znaleźć odpowiedniego partnera, a może nawet założyć rodzinę. A ona wciąż żyła w swym roztargnieniu, radosnych podskokach, imprezach i braku odpowiedzialności, aż w końcu pewnej nocy trafiła na tego mężczyznę, który tak bardzo odmienił jej życie będąc niemal tak samo niedojrzałym jak ona. Tak. Niedojrzałość to idealne słowo. Jednak w końcu przychodzi w życiu człowieka taki moment, kiedy mimo wszelkich protestów, mimo prób obrony, trzeba wreszcie dorosnąć. I nie chodzi tu bynajmniej o biologiczne dorastanie, które przeżywa każdy przeciętny nastolatek. Nie, to coś zdecydowanie głębszego, piękniejszego. Wystarczy ułamek sekundy, by cała ta dziwna, niezrozumiała dla nikogo machina zaczęła swoje działanie. A wtedy już nie ma odwrotu. Prędzej, czy później każdy zaczyna odkrywać w sobie coś nowego, coś całkiem innego nie zdając sobie nawet sprawy jak bardzo przez to wszystko się zmienia. Ale to jest potrzebne, niezbędne, by móc prawdziwie żyć. Nie możemy przecież do końca pozostać niedorozwiniętymi emocjonalnie i uczuciowo istotami. Zamykając się w szaleństwie nieodpowiedzialnej egzystencji dziecka (która jakkolwiek jest nam niezbędna do życia) stajemy się po prostu kalekami...
Wiadomość o ciąży spadła na Roxanne jak grom z jasnego nieba. Wypowiedziane przez lekarza słowa „Jest pani w ciąży” stanowiły tę osobliwą chwilę, ten właśnie ułamek sekundy, kiedy to jej życie zaczęło nabierać nowego, całkiem innego tempa. Wszyscy zaczynamy emocjonalnie dojrzewać w całkowicie różnych momentach i sytuacjach. To już niezależne od nas. Tak samo jak i to, co przyniesie nam los, by wreszcie nas odmienić. W wypadku Roxy nie tyle niespodziewana ciąża była tym czynnikiem, jak sam Pierre. Tak, nikt inny jak Pierre Bouvier. Ten równie nieodpowiedzialny, wygodny i rozpieszczony gwiazdor, dla którego kobiety nie stanowiły nic innego, jak tylko przyjemną rozrywkę w życiu pełnym koncertów, wywiadów i papparazich. I choć bardzo dobrze to ukrywał, tak naprawdę nie było mu z tym dobrze. Doskonale o tym wiedział, jednak niemal co wieczór lądował w łóżku z inną kobietą tylko po to, by zagłuszyć ten wewnętrzny głos, którego w samotne noce nie mógł znieść. Zawsze miał wszystko, czego chciał. Od dziecka. I pewnie też dlatego teraz nie potrafił radzić sobie z samym sobą. Miliony kobiet i nastolatek na świecie kochało się w nim. Był uważany za jednego z najprzystojniejszych mężczyzn. Mógł mieć w łóżku niemal każdą, a mimo wszystko nie sprawiało mu to większej przyjemności. Za każdym razem, gdy otwierał rankiem oczy i widział obok siebie nagą kobietę czuł do siebie wstręt. Zastanawiał się, czy poprzedniego wieczoru ona liczyła na coś więcej niż tylko seks. Zwykle nie udawało się mu zapamiętać imion tych wszystkich kobiet, obok których się budził, jednak zawsze potrafił tak poprowadzić rozmowę, by wybrnąć z tego bez wszelkich nieporozumień. Zapraszał je na śniadanie do hotelowej restauracji, a potem, jak gdyby nigdy nic, usprawiedliwiając się przygotowaniami do koncertu, mówił, że musi iść i w rezultacie nigdy więcej nie spotkał już kobiety, z którą spędził jedną, przygodną noc. Owszem, kilka razy zdarzyło się mu trafić na taką, która po wspólnej nocy liczyła na dalszy rozwój znajomości. A gdy dowiadywała się, że chodziło tylko o seks, ze łzami w oczach jak najszybciej uciekała z miejsca całego zdarzenia, zostawiając Pierre’a w jeszcze gorszym samopoczuciu. Nienawidził takich sytuacji. Może i uchodził za zwykłego podrywacza, ale nigdy nie chciał ranić niewinnych kobiet. W takich chwilach zawsze ogarniał go kac moralny, który zwykle udało się mu pokonać wieczorem kolejną dawką alkoholu w łóżku z kolejną ofiarą. To było jak błędne koło.
Jednak, kiedy pierwszy raz zobaczył Roxy, zaintrygował się tą małą, energiczną osóbką. Nigdy wcześniej nie spotkał kobiety, która zareagowałaby na niego w sposób całkowicie przeciwny do wszelkich achów i ochów ze stronny wszystkich innych zakochanych w nim fanek. Doskonale pamiętał, że miała wtedy na sobie białą atłasową sukienkę w czarne grochy, którą przez niego oblała sokiem porzeczkowym. Do tej pory na samo wspomnienie tej sytuacji, kiedy niechcący złapał jej pierś, chciało mu się śmiać. Już wtedy poczuł, że jej piękne zielone oczy nie tak prędko znikną z jego pamięci.
Określiła go mianem „zasranego zboczeńca”, ale już kilka godzin później kochali się namiętnie w jej mieszkaniu. A co było najbardziej zadziwiające, to fakt, że nie poprzestali tylko na jednym razie. Pierre sam nie mógł uwierzyć, że spędził z nią prawie cały dzień, a przy tym wcale nie udawał kogoś , kim tak naprawdę nie był. Przecież nigdy nie zdarzyło się mu coś podobnego. Jak tylko mógł, wiał najszybciej jak było to możliwe i zapominał o swej chwilowej kochance. Tymczasem Roxanne... Roxanne wydawała się być taką inną. W jej oczach widział coś, czego jeszcze nigdy nie znalazł u żadnej kobiety, a w końcu z tyloma spędził już tak wiele nocy. Być może dla tych oczu postanowił nie uciekać. A może po prostu dla samej przyjemności bycia sobą? Bo właśnie tak się przy niej czuł. Swobodnie.
Przez następnych kilka dni nie potrafił przestać o niej myśleć. Widok innych kobiet już tak bardzo go nie interesował, bo wciąż przed oczyma widział jej radosną twarz i śmiejące się oczy. Jego stan zdecydowanie wskazywał tylko na jedno, jednak Pierre na samą myśl o tym słowie od razu wpadał w panikę i próbował skupić się na czymś innym. Przecież nie mógł się zakochać. Nie on.
W ostatnią noc, którą spędzał wtedy w Nowym Jorku znowu ją spotkał. Gdy tylko zobaczył jak siedzi przy barze od razu postanowił, że tak prędko jej nie zostawi. I ku swojemu zdziwieniu zaproponował jej, by poznała jego kumpli z zespołu (w co do tej pory nie może czasem uwierzyć, bo przecież uważał za podstawową zasadę, by kobiety zachować tylko dla siebie). Nie powiedział jej nic, że następnego dnia wyjeżdżał w trasę. Zachłannym wzrokiem patrzył tylko na każdy centymetr jej ciała, na jej delikatne, blond loki, które oplatając jej twarz sprawiały, że wyglądała jeszcze piękniej i oczy... Te zielone oczy, w których chciał się zatopić już na zawsze. Kiedy była razem z nimi nie liczył mijającego czasu. Pamiętał jeszcze, kiedy stojąc przy barze, ona podeszła do niego tak blisko, że od roztaczającego się wokół niej zapachu zaczęło mu się kręcić w głowie. A potem już oboje znaleźli się w męskiej toalecie, by ten, jak mniemali, ostatni raz być jak najbliżej siebie.
I mimo upływu kolejnych dni i tygodni wciąż prześladował go zapach wanilii, który tak bardzo przypominał mu Roxanne.
Bóg jeden wie jak to wszystko by się ułożyło, gdyby nie usłyszał z ust Roxy tych trzech słów „Jestem w ciąży”. Kiedy do niego zadzwoniła czuł się niemal najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Na samą myśl, że znów ją zobaczy, poczuje jej zapach i dotknie choć skrawka jej ciała, w sercu robiło mu się tak dziwnie ciepło. Rzecz jasna jakiś głos w jego umyśle podpowiadał mu, że to nie chodzi o zwykłe spotkanie, ale Pierre starał się to ignorować. I ignorował aż do ostatniej chwili, kiedy siedzieli razem w tej restauracji i zapadła niezręczna cisza. Nie panował nad sobą. Słowa, które wypowiedziała w dziwny sposób wywróciły wszystko do góry nogami. Fakt, że wpadli był tak... rzeczywisty i przerażający, że nie mógł tego znieść. I dlatego w pierwszej chwili obwinił ją, czego do tej pory nie potrafił odżałować. Zachował się jak ostatni gnojek, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. I być może przez to ta krótka nić porozumienia, którą udało się im nawiązać, prysła jak bańka mydlana. Ona nie chciała go widzieć, a on czuł się winny a zarazem przerażony. Przerażony faktem nagłego ojcostwa, a wraz z tym obowiązkami i odpowiedzialnością. Do tego stopnia przyzwyczajony był do swego dotychczasowego życia, kiedy mógł robić, co mu się rzewnie podobało bez większych konsekwencji, że jakakolwiek zmiana wydawała się być zbyt przytłaczająca, zbyt wielka. I dlatego cieszył się (tak bynajmniej się mu wydawało), że Roxanne postawiła sprawę jasno. Nie wymagała od niego rzeczy niemożliwych. Nie żądała, by nagle wszystkim rzucił i zajął się nią. Pierre czuł, że cała ta znajomość przybrała zły obrót. Nie chciał ranić Roxy, ale świadomość zaangażowania się emocjonalnego w związek z kobietą była dla niego zbyt obciążająca. Sam nie wiedział, co dokładnie tak na niego wpłynęło, ale postanowił tę znajomość po prostu zakończyć, zaś Roxanne tylko utwierdziła go w tym przekonaniu. Niechętnie zgodził się na grę w teatrzyku, który tak sprytnie obmyśliła. Jakoś nie miał ochoty poznawać jej rodziców, ale przecież to nie zobowiązywało go do czegoś więcej.
Czuł się wtedy okropnie. Nie mógł znieść widoku zadowolenia Julie, która tak bardzo cieszyła się, że jej córka wreszcie zaczęła układać sobie życie. Miał ochotę stamtąd wyjść bez słowa i już nigdy nie wrócić. Był zmęczony ciągłym uśmiechaniem, słuchaniem porad ciotek Roxy jak najlepiej wychować dziecko. Dopiero, gdy znaleźli się w jej pokoju, poczuł się nieco swobodniej. I właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie znał Roxanne. Nie wiedział jakiej słucha muzyki, jaka jest jej ulubiona książka, czy pora roku. Prawdę mówiąc – nic o niej nie wiedział, oprócz faktu, że nazywała się Roxanne Ryan. I właśnie to jeszcze bardziej utwierdziło go, że najlepiej będzie jeśli jak najszybciej zmyje się z jej życia, zanim będzie za późno. Zapomniał jednak, że za późno było już wtedy, gdy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy...
Tej nocy, kiedy zobaczył jak bardzo była bezsilna i jak bardzo potrzebowała jakiegokolwiek wsparcia, poczuł się jeszcze gorzej. Poczucie winy tak bardzo go przygnębiało, że przez chwilę pomyślał nawet o tym, by przy niej zostać. Nie potrafił nawet spojrzeć jej w oczy. Dlatego przez całą powrotną drogę postanowił się nie odzywać. Chciał ją przytulić, poczuć jeszcze raz zapach jej włosów i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale nie potrafił. A może raczej nie chciał, bojąc się spojrzeć na jej twarz, na której z dokładnością wymalowane były wszystkie jej uczucia. Nie mógł przecież w ostatniej chwili zmienić swoich planów. Nie mógł się w niej zakochać. Gdy tylko opuściła jego samochód ruszył w stronę lotniska. Chciał znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Jak najszybciej zapomnieć.
Zwykle określany był przez przyjaciół jako wyrośnięte dziecko i pies na baby. Tak, zdecydowanie czuł się jak dziecko. Ale do czasu. Sądził, a nawet nie – był pewien, że po powrocie do Kanady wszystko się jakoś ułoży, a Roxy w mig opuści jego umysł. Nic podobnego się jednak nie wydarzyło. Aktualnie zespół Simple Plan nie koncertował. Wszyscy zgodnie uznali, że każdemu przyda się 2 tygodnie wolnego, toteż Pierre postanowił ten czas wykorzystać na odespanie tych wszystkich nocy, kiedy imprezował w klubach lub dawał z siebie wszystko na koncertach. Mimo natłoku całego zmęczenia nie potrafił zasnąć. Jedna myśl wciąż nie dawała mu spokoju – czy Roxy sobie poradzi? Czy nie lepiej byłoby zostać przy niej? Powtarzało się to każdego wieczoru, kiedy kładł się spać. Zastanawiał się, co by było, gdyby wtedy został przy niej. Gdyby powiedział, że razem z nią chce wychowywać to dziecko i nie obchodzą go żadne protesty z jej strony. Od razu jednak przypominał sobie, że przecież bał się ojcostwa i wreszcie – w ogóle jej nie znał. Doskonale wiedział, że to najgorsza wymówka jaką kiedykolwiek słyszał. Zachowywał się jak zwykły tchórz. Nienawidził tego w sobie, jednak nie potrafił też tego jednoznacznie zaprzestać. Nawet nie zorientował się jak szybko upłynęły 2 tygodnie i znów wyjechał w trasę. Tym razem do Ameryki Południowej. Potem miała być Japonia, kilka miast w Europie i znów USA. Na samą myśl, że mógłby tam spotkać Roxanne, odczuwał niemiły ucisk w okolicy klatki piersiowej.
Spotkanie z nią było ostatnią rzeczą jakiej wtedy pragnął, a jednak, ku jego zdumieniu, nie budził się już rano w pokoju hotelowym z nieznaną mu kobietą. Prawdę mówiąc ostatnimi czasy nie miał już ochoty na przygodni seks z pierwszą z brzegu i sam nie wiedział, czy powodem tego był strach przed kolejną wpadką (co przecież nigdy się mu nie zdarzyło!), czy może coś (albo ktoś) więcej...?
Fakt, że myślał o niej w niemal każdej wolnej chwili stał się dla niego jak najbardziej normalnym. Przypomniał sobie nawet, że tej nocy, kiedy pierwszy raz ją zobaczył obiecał odkupić jej sukienkę, którą przez niego poplamiła. Ta myśl tak za nim chodziła, że ostatecznie wybrał się na wielkie poszukiwania do Centrum Handlowego w Paryżu. I znalazł. Co z tego, że była jasnozielona i całkiem innego kroju niż tamta? Gdy tylko zobaczył ten kolor od razu przypomniał sobie jej nadzwyczajne oczy, które pojawiały się w jego wyobraźni niemal bez przerwy. Musiał ją kupić. Teraz bynajmniej miał pretekst, by ją zobaczyć.
Dokładnie pamiętał datę, kiedy Roxanne powiedziała mu, że jest w ciąży. Każdego wieczoru patrzył na kalendarz, by wiedzieć, który to już tydzień. Sam nie wiedział dlaczego to robi. Najpierw wmawiał sobie, że ona nic go nie obchodzi, a chwilę później zastanawiał się, jak sobie z tym wszystkim radzi. I choć z początku wyjazd do USA nie podobał się mu, teraz wiedział, że tak powinno być. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że nigdy więcej nie będzie już samotnym strzelcem. Coś zaczęło się zmieniać. Wreszcie...
Kolejny raz poczuł w sobie tę niepewność, kiedy samolot wylądował na lotnisku w Nowym Jorku. Ale nie zamierzał rezygnować już z powziętego planu. Był zdecydowany, dlatego nie wiele czekając, nie przejmując się zmęczeniem po podróży, zostawił w hotelu swoje bagaże i zabierając ze sobą przeznaczoną dla niej sukienkę pewny siebie wsiadł w taksówkę i ruszył w kierunku Bronxville.
Stanąwszy przed drzwiami jej mieszkania przez chwilę myślał, że zanim zdąży cokolwiek zrobić serce wyskoczy z jego klatki piersiowej. W końcu jednak niepewnie zapukał w ciemnobrązowe drzwi i czekał. Czekał z nadzieją, że ujrzy znów tę radosną twarz i zielone oczy.
- A pan do kogo? – usłyszał męski głos. W drzwiach stał wysoki szatyn, z ciemnymi oczyma i wpatrywał się w Pierre’a badawczym wzrokiem.
- Czy... Czy tu mieszka Roxanne Ryan? – zapytał po chwili z dziwnym uczuciem beznadziejności w sercu. Przez chwilę pomyślał, że pomylił mieszkania, jednak po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że było to niemożliwe. Cały czas miał w pamięci numer jej mieszkania i ulicę.
- Owszem. – odparł mężczyzna podejrzliwie obserwując Pierre’a. – Ale jeszcze jest w pracy. Powinna wrócić za godzinę. – dodał po chwili. – Czy coś jej przekazać?
- Nie... Sądzę, że nie. – odparł w zamyśleniu. Wolałby usłyszeć, że Roxanne przeprowadziła się kilka miesięcy temu, niż zaprzątać swoje myśli tym, czy facet, który przed nim stał był dla Roxy kimś więcej. Jednak skoro z nim mieszkała, wszystko wskazywało na to, że... Nie mógł nawet o tym myśleć. Znów poczuł jak wzbierała w nim wściekłość na samego siebie. – A może... Niech pan po prostu powie Roxy, że tu byłem. Nazywam się Pierre. – powiedział niezbyt radosnym tonem i odwrócił się w stronę schodów.
- Pierre Bouvier? – usłyszał za sobą zanim zrobił kolejny krok.
- Tak.
- To pan jest ojcem dziecka Roxanne? – zapytał ponownie stojący w drzwiach brunet.
- A czy to teraz takie ważne? – odpowiedział pytaniem już nieco rozdrażniony. Nie miał ochoty na żadne rozmowy. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce, które przypominało mu Roxy.
- Obawiam się, że tak. – Pierre spojrzał niepewnie w jego stronę. Nie rozumiał dlaczego ten facet, który najprawdopodobniej był związany z Roxy, tak bardzo się nim interesował. W końcu jednak wszedł do jej (albo raczej ich) mieszkania i rozsiadając się na kanapie w salonie czekał na jakikolwiek ruch z jego strony. Chciał zapytać jak długo jest już z Roxanne, jednak w ostatniej chwili ugryzł się w język. Przecież on nie zdążył się nawet przedstawić. Nie miał więc podstaw, by o cokolwiek go oskarżać. Obserwował tylko jak wędrując po pokoju szukał czegoś, a potem znikł w kuchni zostawiając go samego w pokoju. Od czasu, kiedy był tu ostatni raz, nic się nie zmieniło. Ściany wciąż były tego samego żółtego koloru, kanapa stała w tym samym miejscu, co poprzednio, a w szafce pod telewizorem wciąż leżały w nieładzie rozsypane filmy DVD. Znów zatopił się w tych wszystkich wspomnieniach zapominając o mijającym czasie. I dopiero dochodzący z przedpokoju dobrze znany mu głos wyrwał go z tego otępienia.
- Już jestem, George! Mam nadzieję, że nie przygotowywałeś obiadu, bo przyniosłam coś z restauracji. – weszła żwawym krokiem do mieszkania próbując utrzymać siatki pełne zakupów. Nie zorientowała się, że coś jest nie tak.
- Roxy, czy Ty zwariowałaś? Mogłaś powiedzieć, że chcesz zrobić zakupy. Przecież wiesz, że w takim stanie nie powinnaś tłuc się sama z tymi kilogramami do domu. – zauważył niezadowolony brunet od razu zabierając jej z rąk papierowe torby.
- Och, George nie przesadzaj. Jechałam taksówką, a te kilka kroków z pewnością nam nie zaszkodzi. – odparła wieszając w przedpokoju swój ciemnozielony płaszcz i wróciła do kuchni. Pierre siedział jak zaczarowany w jej salonie i przysłuchiwał się słowom, które wymawiała. Dziwnie się poczuł, kiedy usłyszał z jej ust „nam nie zaszkodzi”. Domyślił się, że miała na myśli dziecko i nagle w głowie zaczęło wirować mu tysiąc pytań. Czy to będzie dziewczynka, czy chłopczyk, czy wybrała już imię, a wreszcie, czy ten cały George będzie... ojcem jego dziecka? Brzmiało to niedorzecznie, jednak zdawał sobie sprawę jak bardzo było to możliwe. Nie mógł na to pozwolić. Nerwowym wzrokiem wpatrywał się w okno, za którym dawał o sobie znać zimny wiatr poruszając gałęziami drzew pozbawionych już liści. Czekał aż ona pojawi się przed nim w salonie i powie cokolwiek. Zastanawiał się jak mogła teraz wyglądać. Jeśli wszystko dobrze obliczył to był już 5 miesiąc. Nie potrafił jakoś wyobrazić sobie tej niewielkiej, drobnej blondynki z bądź co bądź już dosyć wielkim brzuchem. To wszystko wydawało się być nagle tak mało realnym...
- Jakiego gościa? – usłyszał znów jej głos dochodzący z kuchni. Czuł się tak niepewnie, że miał ochotę stamtąd uciec.
- Myślę, że bardzo ważnego. – odparł George uśmiechając się znacząco do Roxy. – Chyba lepiej będzie jeśli na jakiś czas wyjdę. Do zobaczenia. – dodał po chwili i nim się obejrzała została sama w kuchni z kubkiem gorącej herbaty w ręku. Nie miała pojęcia kto ważny mógł ją teraz odwiedzić. Pomyślała o Jane, z którą ostatnimi czasy nie dogadywała się najlepiej, jednak wiedziała, że w takim wypadku George nie wyparowałby tak szybko z mieszkania. Położyła ostatecznie kubek na stole i ruszyła do salonu z dziwnym uczuciem lęku w sercu.

komentarze [5]